niedziela, 30 stycznia 2011

Wiejska asymilacja. Potrzeba czy konieczność?

Byłem na urodzinach przyjaciela. To były okrągłe urodziny i całkiem miła impreza na której pojawili się członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi, sąsiedzi i... sołtys. Pojawili się w lokalnej remizie Ochotniczych Straży Pożarnych.

Bo to była impreza na wsi. Bo przyjaciel mieszka od kilku lat na wsi. Cywilizowanej, blisko dużego miasta, ale jednak wsi. Przeprowadził się tam z wygodnego własnego mieszkania w centrum miasta.

Wokół powstawały już nowe domy "miastowych", ale raczej niewiele. To było charakterystyczne - przyjezdni nie stworzyli własnego, odseparowanego od autochtonów osiedla, z własnymi problemami i własnymi znajomościami, tylko wtopili się w lokalne środowisko. Wymieszali się ludzie, nie dość że z innych bajek, to jeszcze funkcjonujący zawodowo w zupełnie innych sferach. Z jednej strony rolnik z hektarami i sporą chlewnią, z drugiej strony - inżynier piastujący kierownicze stanowisko w dużej firmie, z kontaktami zagranicznymi i innymi odpowiedzialnymi obowiązkami.

Nie, nie przyjaźnią się raczej - to chyba zbyt odległe światy. Ale współżyją i współtworzą lokalną społeczność, czego impreza w lokalnej remizie była najlepszym przykładem.

Byłem na urodzinach. Spoglądałem to na rolników (w tym sołtysa z żoną), to na byłych miastowych i zastanawiałem się, na ile dla tych drugich ta asymilacja jest wynikiem konieczności - na zasadzie "jakoś trzeba żyć z sąsiadami", a na ile - realizacją potrzeby ŻYCIA WSPÓLNEGO (w mieście nie do zrealizowania).

Będę się przyglądał dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz