czwartek, 3 lutego 2011

Problem. Ukradli mi gitarę

Podróżowałem. Gdzieś po Polsce. Trochę autobusem, trochę autostopem, trochę pieszo. W końcu, po wielu perypetiach, znalazłem się na statku. Śródlądowym.
Płynął, z bardzo szemraną, międzynarodową załogą po rzece, zabrałem się z nimi. Początkowo miałem płynąć tylko chwilę - do najbliższego mostu i najbliższej drogi. Ale wyszło tak, że popłynąłem dalej. Mijaliśmy Warszawę, z wody wyglądającą jak Budapeszt, Berlin, Paryż i Rzym razem wzięte.


Przekonanie, że załoga jest podejrzana, z godziny na godzinę było coraz silniejsze. Już byłem pewien, że zajmują się kłusownictwem, że coś szmuglują, kiedy tak szemrali po kątach w obcych językach byłem pewien, że omawiają jakąś grubszą sprawę.

Okazało się, że nie byłem jedynym przypadkowym pasażerem na statku. Ten drugi też się bał, więc postanowiliśmy grzecznie podziękować i wysiąść.

Marynarze powiedzieli, że nie ma sprawy (fałszywie się przy tym uśmiechając). Uprzejmie podali nam nasze bagaże, między innymi nasze gitary w pokrowcach. Coś mnie tknęło. Zajrzałem do środka. Zamiast mojego ulubionego Washburna w środku był jakiś tragiczny, zniszczony, nie wiadomo jaki - egzemplarz. Wyciągnąłem. Okazało się, że w głębi pokrowca jest jeszcze jeden - równie zniszczony.

Złodzieje ze statku udawali, że nic nie wiedzą. Zaczęła się awantura.

Taki sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz