piątek, 28 stycznia 2011

Walkman. Nostalgia i hołd

Ajpody, odtwarzacze empetrzy wielkości paznokcia, drogie komórki ze słuchawkami, szpanerskie ajfony, pendrajwy wkładane do portu w samochodowym radyjku, setki albumów, tysiące utworów na dysku netbooka... A ja wyciągam z szuflady umęczonego, odrapanego, miejscami nadłamanego, ale wciąż sprawnego - Walkmana. Prawdziwego, Sony, z MegaBassem i Dolby NR.


To nie był mój pierwszy odtwarzacz. Wcześniej, podczas jakiegoś wyjazdu chóralnego w pierwszej połowie lat 80, kupiłem w Andorze jakiegoś no-name'a. Kupiłem też wtedy dwie kasety. Ta z "Oxygene" Jarre'a miała tę zaletę, że zawiłości brzmieniowe muzyki syntezatorowej Francuza maskowały dodatkowe efekty dźwiękowe będące skutkiem wyczerpywania się (w błyskawicznym tempie) baterii. Słuchał tego Jarre'a jeden z dorosłych chórzystów. Ja byłem troszkę zły a troszkę dumny (że właśnie MOJEGO walkmana chciał pożyczyć). No ale ten odtwarzacz umarł dość szybko.

Ten czarny (prawdziwy!) Sony to już zakup prawie dorosły. Powoli zaczynał się koniec socjalizmu, miałem chyba 17 lat i miesiąc spędziłem w uroczym hoteliku na luksemburskiej prowincji (głównie zmywak, ale też magiel, strzyżenie trawnika itd). To były jeszcze czasy oszałamiających przeliczników, więc starczyło na bass ze wzmacniaczem (to już w kraju), no i walkmana. Ostatnią noc przed wyjazdem spędziłem u znajomych rodziców, w Luxembourgu. W pokoju ich syna siedziałem z kasetami chromowymi TDK (marzenie!) nad wieżą, na której przegrałem kilka jego płyt. Do dzisiaj, gdy słyszę "Children Crusade" Stinga, widzę krajobraz za oknem pociągu, który wiózł mnie następnego dnia do Brukseli na lotnisko. Bo tamtego wieczora przegrałem sobie właśnie Stinga, Milesa Davisa i Toure Kunda (w krajach frankofońskich niesamowicie popularna grupa z Senegalu).

Potem walkman (miał bardzo wypasione jak na ówczesne czasy słuchawki doskonale przenoszące niskie tony) służył w kolejkach po benzynę, w których uczyłem się do lekcji. To były te czasy, kiedy już nie było kartek, a nadal były kolejki. Tatową Ładą jechałem więc na stację (sama przyjemność) i cierpliwie czekałem. Ze słuchawkami Tego Walkmana na uszach "uczyłem się" też radia, słuchałem kaset pożyczonych od pierwszych radiowych znajomych, przygotowywałem się do pierwszych audycji.

Nie wyrzuciłem go, nie wiem (a może jednak wiem?) dlaczego. Czasami przypominam go sobie, kiedy włączam odtwarzacz wielkości kciuka, do uszu wtykam wykonane w kosmicznej technologii słuchawki i odpalam znakomicie brzmiącą muzykę - jeden z wielu albumów ukrytych w tym niepozornym kawałeczku plastiku. Nie martwię się "czy baterie się wyczerpią", nie muszę przekładać kasety na drugą stronę, na bieżąco uzupełniam i zmieniam repertuar muzyczny...

Podobno japoński inżynier, wynalazca walkmana, został uhonorowany nagrodą państwową, medalem albo czymś w tym rodzaju. W ten sposób doceniono jego gigantyczny wkład w rozwój kultury XX wieku.

Kiedy wracają do mnie, tak nostalgicznie, dźwięki, obrazy, skojarzenia - też jestem gotów dać mu medal.

1 komentarz:

  1. Ja mam podobną historię z moim walkmanem MD (MiniDisc) To taki Sony odpowiednik standardu MP3, który się nie przyjął na szerszą skalę. Zapłaciłem za niego 550 ECU (to taki europejski odpowiednik EUR, który się nie przyjął na szerszą skalę). Chłopaki w moim biurze w NL zazdrościli mi go bardzo i dziwili się tej diabelskiej technologii. a były to czasy Walkmanów i DAT!

    OdpowiedzUsuń