czwartek, 6 stycznia 2011

Mniej piwa! O bólu głowy niealkoholika.

Podobno pijemy mniej piwa. Wypiliśmy w minionym roku o 10% mniej niż wcześniej. Ludkowie z wielkich fabryk piwa tłumaczą (dlaczego fabryk, a nie browarów - o tym za chwilę), że gorsza koniunktura, nietypowe lato, duża konkurencja winiarzy, zmiana nawyków konsumentów. I robią dobrą minę do złej gry wyliczając, że i tak statystyczny Polak wypija 90 litrów piwa na rok (chyba się nie pomyliłem i cytuję dobrze), a jest to całkiem przyzwoite europejskie "osiągnięcie".



Z kolei tzw. niezależni eksperci, korzystający z wyników fokusowych badań i nie wiadomo skąd wziętymi opiniami tzw. zwykłych konsumentów, wyjaśniają ten spadek odwracaniem się od piwa wymagających mieszkańców wielkich miast, znudzonych tym napojem i szukających odmiany w innych rodzajach alkoholu. Twierdzą też, że przeciętnemu pijącemu trudno odróżnić poszczególne marki po charakterystycznych cechach smakowych. Więc pijący ten bardziej kupuje markę wykreowaną sprawną kampanią reklamową, niż samo piwo - lubiane za taki czy inny smak.

Z tym akurat bym się zgodził. Masowo produkowane (właśnie "produkowane" a nie "warzone"), z przygotowanego wcześniej granulatu, w wielkich fabrykach (właśnie "fabrykach", a nie "browarach") piwa, są bardzo do siebie podobne. Podobnie sztuczne, podobnie niesmaczne i pogarszające nasze samopoczucie. Wystarczy sięgnąć po napój z jednego z małych, biednych browarów (funkcjonujących na rynku resztką sił), by poczuć różnicę. A przede wszystkim - przypomnieć sobie, jak powinno smakować piwo.

I na nic przekonywania specjalistów od marketingu wielkich koncernów, na nic sugestywne reklamy, eventy, na nic subtelne podchody PRowskie. Kubki smakowe dają znać. I zmuszają nas do powiedzenia głośnego NIE.

Jasne, nic się nie zmieni. Wielkie tzw. browary nie wrócą do tradycyjnych metod, nie zrezygnują z nowoczesnych technologii gwarantujących maksymalizację zysków. Małe browary albo padną (nie są w stanie stanąć w szranki w reklamowej wojnie) albo działać będą w małych, drogich niszach.

A co z winem? Raczej nie zyska śródziemnomorskiej czy francuskiej popularności, nie zbliżymy się nawet do niemieckiej średniej. Kto pije wino, może będzie go pił nieco więcej. Ale cóż z tego, jeżeli tanie wino jest zazwyczaj, z małymi wyjątkami, równie marne jak tanie piwo...?

Siąść i płakać.

PS. A i tak wszystko sprowadza się do cech konkretnego konsumenta. Głowa po prawdziwym szampanie czasem boli bardziej niż po ruskim "szampanie".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz