wtorek, 30 listopada 2010

Poznań. Ci ludzie umrą z przepracowania (historia prawdziwa)

Uliczka blisko Starego Rynku. Przy uliczce - opuszczony i zapuszczony sklep odzieżowy. Na ścianie tablica - to właśnie tutaj swoją siedzibę ma blisko czterdzieści spółek z o.o.
Nie wiadomo czym się zajmują (google milczy na ten temat), ale Krajowy Rejestr Sądowy podaje nazwiska członków zarządu.

To mnie przeraziło.  Bo prezesami i wiceprezesami spółek są Państwo C., Państwo F. i Panowie K.
Na każdy z dwuosobowych zespołów przypada po 10-12 spółek.
A to oznacza, że ci ludzie pracują na 12 etatów. W dodatku - w jakich warunkach!... ;)
Normalnie kapitalizm w najgorszej postaci...

Ciekawe kiedy zastrajkują...

wtorek, 23 listopada 2010

Poznań staje się Warszawą. Niedługo będzie stolicą

Obrazkiem, który w ciągu ostatnich lat chyba najbardziej kojarzył mi się z Warszawą, były rozłożone na przystankach tramwajowych w samym centrum miasta stoiska handlarek. Sznurowadła, ręczniki, gacie, rajstopy - wszystko to estetycznie (po wyjęciu z charakterystycznych wielkich toreb w szerokie pasy) wyłożone na gustownych płachtach. W oczy rzucała się również wielka hala tuż obok Pałacu Kultury (plus "szczęki" w bonusie - to tu, to tam).

Rozumiałem, że drobni sprzedawcy gaci i sznurowadeł muszą z czegoś żyć, nie rozumiałem natomiast dlaczego władze miasta (ze zbrojnym ramieniem w postaci straży miejskiej) nie chcą/nie mogą poprosić handlarzy o przeniesienie się np. na targowisko czy ryneczek - żeby wilk był cały i owca syta. W naiwności swojej myślałem, że reprezentacyjne miasto, z wyrastającymi wszędzie imponującymi budynkami, piękniejące z roku na rok, tętniące Wielkim Życiem, powinno mieć reprezentacyjne chodniki i przystanki tramwajowe.

Uznałem wreszcie, że to ja się mylę. Zrozumiałem, że stoiska z gaciami i sznurowadłami na chodniku najgłówniejszej ulicy, są elementem niezbędnym do podkreślenia stołeczności. Że bez nich (tak jak bez Zamku Królewskiego, Syrenki, Krakowskiego Przedmieścia) Stolica nie byłaby stolicą, nie byłaby miastem jednoznacznie określanym jako Centrum Kraju, Serce Rzeczypospolitej.

Kamień spadł mi z serca.

A ostatnio (i teraz przechodzę do własnego ogródka) widzę, że i Poznań zaczyna aspirować do podobnej roli. Domyślam się, że władze naszego miasta podpatrzyły warszawskie wzorce i zręcznie wprowadzają do naszej rzeczywistości to, co niestety wyrugowano na początku lat 90. ubiegłego stulecia*. Na razie stoisk jest stosunkowo niewiele (zaledwie kilkanaście), niestety wciąż wyglądają zbyt profesjonalnie (namiociki na stelażu), ale... idziemy w odpowiednią stronę. Zarówno jeżeli chodzi o asortyment (gacie, sznurowadła) jak i lokalizację na prawie głównej ulicy (jeszcze nie Aleje Jerozolimskie, dopiero Półwiejska, ale kierunek odpowiedni).

Wierzę w to że władze miasta dopilnują, by słuszna tendencja była utrzymana. W końcu nam wszystkim zależy na tym, żeby Poznań był Stolicą! Idźmy dalej! Nie poprzestawajmy na terminie "Stolica Wielkopolski"! Jedyna poprawka - nie wolno ograniczać spontanicznego handlu do ul. Półwiejskiej. Dlaczego inni mają mieć gorzej? Niech też poczują powiew wielkiego świata.



* Kiedy kończyłem szkołę średnią, w Polsce nastał kapitalizm. W drodze ze szkoły do domu niemal codziennie przechodziłem ul. Półwiejską. A właściwie - lawirowałem między łóżkami polowymi, stoliczkami, płachtami, stojakami, prowizorycznymi budkami. Zachwycałem się rozłożonymi tam, wcześniej niedostępnymi, dobrami. Podobnie było na św. Marcinie, na 27 grudnia z Placem Wolności, na Paderewskiego, na Gwarnej, Dąbrowskiego itd...

PS. Z góry rozwiewam wątpliwości Przyjaciół z Warszawy: to nie jest post przeciwko Waszemu Miastu :)) Zresztą u Was hali już nie ma, a i tych gaci mniej...

sobota, 20 listopada 2010

Po Marszu Równości - wszyscy szczęśliwi

Takie coś nieczęsto się zdarza. Z marszu pod hasłami równouprawnienia wszystkich i niedyskryminowania nikogo, okrzyczanego i bluzgami oraz groźbami obrzuconego przez grupę radykalnych kiboli (walczących - jak tłumaczą - z promowaniem homoseksualizmu), cieszą się wszyscy. Tu nie ma poszkodowanych, sami wygrani.

Cieszą się:
- kibole, bo pokrzyczeli na pedałów, wyrazili swoją złość i brutalną troskę o zdrowie moralne społeczeństwa,
- organizatorzy marszu, bo bez odpowiednio kontrastowego tła w postaci groźnej opozycji przecież marsz nie miałby sensu,
- geje i lesbijki, bo mają w ręku kolejne dowody dyskryminacji i potwierdzenie tezy o "ogromnym zagrożeniu",
- media, bo mają o czym pisać i mówić (spokojne przejście tej grupy przez miasto byłoby największą tragedią),
- policja, bo dobrze wykonała swoją robotę,
- mieszkańcy miasta, bo wymienieni wyżej przeszli, poszli do domu i... teraz znów rok świętego spokoju.

Czasem słońce, częściej deszcz

W piątkowy wieczór do pełnej poznańskiej Brovarii zajrzał ze swoimi współpracownikami niemal-prezydent Ryszard Grobelny. Właściwie ze zwycięstwem w kieszeni, bo przecież wszyscy wiedzieli że jest już właściwie zwycięzcą tego wyścigu.
Nie, nie dostał od nikogo po zębach, nikt też nie rzucił się z prośbą o autograf. Siedział spokojnie, na pewno nie nadużywał.

Los się z nim obszedł łaskawie. Inni, beznadziejnie liczący na ślepy traf, kandydaci, jeszcze siě odrobinę łudzą. Ale w swój sukces wierzą już chyba tylko w tych krótkich momentach, kiedy rozbłyska słońce.
Później, kiedy znów zaczyna padać deszcz, przekonują się, że to jednak Ryszard jest the best...

niedziela, 14 listopada 2010

Rzekami. Idea zakiełkowała.

No więc jest tak:
Należy popłynąć. To jasne. Należy popłynąć za niewielkie pieniądze, oglądając miejsca, których w inny sposób zobaczyć się nie da. Popłynąć, żeby poznać innych ludzi - ciekawych, żyjących trochę na uboczu, zwykle pomijanych (bo przecież u nich "nic ciekawego się nie dzieje").
Wcale nie trzeba eksplorować rzek zachodniej Syberii. Na (dobry) początek wystarczy jakiś fajny szlak naszymi wciąż nieodkrytymi (np. dla spływów kajakowych), zwykłymi, teoretycznie nieciekawymi, rzekami.

Założenie jest takie:
Należy popłynąć odkrytopokładowym, lekkim jachcikiem z ożaglowaniem gaflowym, umożliwiającym łatwe przepływanie pod mostami, dostosowanym do pływania na wiosłach i/lub silnik. Jachcikiem, którym udaje się sucho (zatem 470-tki raczej odpadają) przewieźć niezbędne bagaże i prowiant, na którym (pod prowizorycznym namiotem) da się przenocować. Który da się bez problemu przenieść nad zwalonym drzewem, który da się bez problemu zepchnąć z mielizny...

(pomysł pojawił się dawno, oj dawno, a teraz zaczyna się krystalizować)

Blisko natury, blisko ludzi, blisko ludzi. Na przykład czymś takim... (zdjęcia za www.dinghy.pl).

wtorek, 9 listopada 2010

Przedwyborcza depresja, czyli wszyscy głosujemy na Ryszarda Grobelnego

Nie wiadomo, czy cieszyć się z wysypu niebanalnie reklamujących swoje poglądy, oryginalnie rzucających w powietrze swoje niespełnialne obietnice, zręcznie lansujących się, kandydatów. Internet daje pole do popisu. Na przykład taką Panią Martą zachwyceni są chyba wszyscy. Nic to, że odwoływanie się do anielskiego autorytetu w piosence obrandowanej logo SLD (dość ostrożnie podchodzącego do spraw wiary) brzmi dość ryzykownie, nic to, że lewicowa (zatem - z definicji walcząca o prawa kobiet, sprzyjająca feministkom) kandydatka epatuje długimi nogami jawnie nawiązując do seksistowskich reklam. Nic to, że pieśń jest potwornie głupia i naiwna, a muzycznie i aranżacyjnie tragiczna. Ważne, że moja rodzina mimowolnie podśpiewuje "hej Marta, hej Marta - niech każdy zawoła!". Ja też śpiewam. Takie to skuteczne.


Zazdroszczę mieszkańcom Mazowsza takiej kandydatki. Tak jak zazdroszczę mieszkańcom Pomorza Superradnego (widziałem na prymitywnym klipie, jak przepychał samochód rozeźlonemu zablokowanym chodnikiem, mieszkańcowi osiedla), albo rapującego całkiem nieźle kandydata ze Śląska.
Coś się dzieje.

W Poznaniu mamy smutne tablice na których kolejne komitety przyklejają równie smutne plakaty ze smutnymi obliczami. Żadna kandydatka nie chwali się nogami do ziemi, żaden kandydat nie pręży wyćwiczonego na siłowni torsu. Jakoś omijają nas przyjemności i zachwyt z wytrysków kreatywności lokalnych pretendentów do krzeseł w Sali Sesyjnej.


Sytuację (niestety, w niewielkim stopniu) ratują kandydaci z mniejszych wielkopolskich miast i miasteczek. Słyszałem na przykład reklamę rozpoczynającą się od stylizowanego dialogu kierowców gaworzących przez CB-radio. Żargon jest tak charakterystyczny i tak sympatyczny (albo skrajnie irytujący - to już zależy od podejścia), że reklama, choć nieporadna, rzuca się w uszy.
A w Poznaniu? W Poznaniu mamy paździerzowe tablice, na które GŁÓWNY WYGRANY tegorocznych wyborów samorządowych, prezydent Poznania Ryszard Grobelny, zagonił wszystkich konkurentów i wszystkie startujące ugrupowania. Tłumaczył to dbałością o porządek w mieście (żeby plakaty nie wisiały gdzie bądź, zaśmiecając Poznań), a efekt osiągnął wspaniały - te plakaty nikogo nie interesują.
Jeżeli więc zapytamy - kogo będziemy wybierać, przeciętny mieszkaniec Poznania powie "no, tego, prezydenta". "Jakiego?" "No, Grobelnego".

Grobelny raczej nie zatańczy i nie zaśpiewa jak Pani Marta, nie zarapuje też. W TV przy okazji maratonu już się pokazał, na profesjonalnych filmach zamieszczonych w sieci jest do bólu piękny, skuteczny i świetny. Wygra.
Jego otoczenie, składające się z równie pięknych, skutecznych i świetnych kandydatów ma równie mało wigoru, równie mało szaleństwa i charyzmy w oczach. Więc z ich strony również niewiele nas spotka.

Czy konkurenci staną na wysokości zadania. Czy w desperacji swojej choć spróbują zrobić coś niespotykanego i nieprzewidywalnego, co mogłoby poruszyć poznaniakami (żeby ci przestali mówić, że "wybieramy Grobelnego")? Żeby choć przez chwilę wybory stały się rywalizacją?

Namawiam do tego. Jeżeli któreś z ugrupowań konkurencyjnych (poza SLD, któremu z gruntu nie ufam) zorganizuje coś takiego jak poniżej (to oddolna kampania przed wyborami w Czarnogórze), obiecuję że się przyłączę. Choćby dla samej satysfakcji wsparcia kogoś słabszego, któremu SIĘ CHCE.


Namiary znacie.

czwartek, 4 listopada 2010

Albania. Valbonë, czyli jak powstaje kurort

Właściwie powinienem dodać "niestety". Oczywiście doskonale rozumiemy, że oni też chcą zarobić, że piękne góry nie mogą się "marnować", że trzeba tam ściągnąć turystów z zagranicy albo zamożnych Albańczyków-urlopowiczów.
Do tego potrzebne są dobre drogi, restauracje o zachodnim standardzie, takież pensjonaty i hotele.

Wieś Valbonë, uznawana słusznie za perłę albańskich gór, jest takim miejscem do którego będą ściągać tłumy. Ma same zalety - baaardzo malownicze położenie, łatwy dojazd (trwa budowa porządnej asfaltowej szosy), bliskość wysokich gór (gratka dla milośników wspinaczki, grotołazów), duże tereny które z powodzeniem można zabudować bardziej lub mniej udaną turystyczną infrastrukturą.


No właśnie. Niestety, powstające w Valbonë budynki to europejski standard: duże, eleganckie, drewniane góralskie domy. Takie jak w Niemczech, Italii, czy w co bogatszych tatrzańskich miejscowościach. Jeżeli kamień - to tylko w podmurówce, jeżeli gont - to tylko w formie drobnego inwestorskiego kaprysu na daszku przy bramie. Stare domy (kamienne, z grubymi murami chroniącymi przed chłodem i małymi okienkami) doskonale komponujące się z otaczającymi dolinę skalistymi szczytami, popadają w ruinę, opuszczone - zarastają dzikimi krzewami. Pewnie ostatecznie znikną, a na ich miejsc powstaną "ładne" pensjonaty dla zamożnych gości.


Tak jak mini-hotelik z niezłą restauracją, przy samym wjeździe do Valbonë, z szyldami w obcych językach, perfekcyjnie przystrzyżonym trawnikiem, basenami pełnymi gotowych do odłowienia i przyrządzenia pstrągów, z wiatą pod którą jest dość miejsca na dodatkowe stoliki (choćby dla sporej grupy turystów którzy właśnie zeszli z gór). 


W pewnym sensie to fascynujące. Możemy wyobrazić sobie, jak na początku XX wieku powstawały nasze górskie kurorty, jak - wraz z "odkrywaniem" gór przez ludzi z miast - z niewielkich miasteczek żyjących własnym, naznaczonym porami roku, tempem, stawały się przystankami.
Przystankami na kamienistej drodze do dzikiego i surowego.

Valbonë już za chwilę dzika nie będzie.