niedziela, 30 stycznia 2011

Wiejska asymilacja. Potrzeba czy konieczność?

Byłem na urodzinach przyjaciela. To były okrągłe urodziny i całkiem miła impreza na której pojawili się członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi, sąsiedzi i... sołtys. Pojawili się w lokalnej remizie Ochotniczych Straży Pożarnych.

piątek, 28 stycznia 2011

Walkman. Nostalgia i hołd

Ajpody, odtwarzacze empetrzy wielkości paznokcia, drogie komórki ze słuchawkami, szpanerskie ajfony, pendrajwy wkładane do portu w samochodowym radyjku, setki albumów, tysiące utworów na dysku netbooka... A ja wyciągam z szuflady umęczonego, odrapanego, miejscami nadłamanego, ale wciąż sprawnego - Walkmana. Prawdziwego, Sony, z MegaBassem i Dolby NR.

czwartek, 27 stycznia 2011

Grochówka. Jak rechot zamienia się w refleksję

Najpierw uciecha. "O, będzie kolejne fajne zdjęcie, wrzucę na FB albo/i do bloga, kilkoro znajomych się pośmieje". Ktoś ponarzeka (pytając "gdzie są służby miejskie?") na widoczny na zdjęciu reklamowy bałagan, brak gustu i "inne" poczucie estetyki. Kto inny - wydrwi naiwność przedsiębiorcy, który liczy na to, że firmy - miast porządnych cateringowych dań obiadowych - będą u niego kupować dla pracowników bigos i grochówę z kotła. Robimy więc zdjęcie reklamowego chaosu z naiwną zachętą, a potem - z czystej ciekawości zaglądamy na stronę internetową www.grochowka.com. I nagle przestajemy rechotać.

wtorek, 25 stycznia 2011

Raz Dwa Trzy. Na szczęście orkiestra... nie zaszkodziła.

Powiem od razu - wszelkie muzyczne projekty, które w nazwie mają przymiotnik "symfonicznie" wzbudzają moją nieufność, graniczącą z niechęcią. Podobnie jak artyści, zapraszający na kolejną swoją płytę (typu "the best of") na przykład sekcję detą, kwartet smyczkowy czy chór. (Nawiasem mówiąc, ryzykowne są również inicjatywy typu "unplugged" - tak samo grożą wysłaniem do getta zamieszkałego wyłącznie przez fanów artysty X, liczących na nową wersję znanego na pamięć, co do nuty, utworu).

Zazwyczaj symfoniczne (z kwartetem smyczkowym albo sekcją dętą) wersje są próbą odświeżenia sprawdzonych przebojów - dodajmy - z nadzieją na sprzedaż znaczącej ilości egzemplarzy płyty.

Bałem się, że w przypadku Raz Dwa Trzy będzie podobnie. Że to tylko - tłumaczone jubileuszem dwudziestolecia - odcinanie kuponów od, skądinąd bardzo wartościowego, dorobku.

niedziela, 23 stycznia 2011

Paula & Karol. Zamiast prochów

Jak tu napisać, żeby nie popaść w kolejny zachwyt? Jak napisać, żeby zbyt łatwo nie pochwalić za fajne, naturalne brzmienie i urocze melodie? Jak napisać, nie powtarzając, że Paula & Karol są najbardziej uśmiechniętym i pozytywnym zespołem między Odrą i Bugiem, a kto wie czy nawet nie w Europie? Jak napisać, że powinni być ordynowani przez lekarzy psychiatrów zamiast "inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny" (dla niezorientowanych - prochów na depresję)?

To bardzo trudne.

sobota, 22 stycznia 2011

Vysoco. Miła muzyka, mili ludzie, miły koncert. Ale to za mało


Piątkowy wieczór. Zwieńczenie tygodnia. Można zwieńczać na dyskotece podrywając chichoczące nastolatki w świecących spodniach, można wlewać w siebie kolejne kufle coraz "słabszego" (wraz z przybywaniem promili) piwa, można też paść na kanapę przed telewizorem albo po prostu iść spać. Ale można wybrać wariant pośredni. Tym wariantem był koncert Vysoco - akustycznego, gitarowo-wokalnego tria, z Poznania - a jakże.

środa, 19 stycznia 2011

Maciej Balcar. Niedoceniany ideał

Staram się opanowywać emocje. Ale czasem należy o czymś istotnym artystycznie powiedzieć/napisać z pozycji kolan. Dzisiaj z takiej pozycji piszę o wspólnym koncercie Macieja Balcara i współpracujących z nim muzyków grupy Nie-Bo. Całe nieszczęście naszego "rynku" muzycznego polega na tym, że ktoś tak nieprzeciętnie uzdolniony buja się po obrzeżach. Niedoceniony, nie wyniesiony do zasłużonej rangi Gwiazdy. Zamiast niego błyszczą pajace, ciotki-klotki,celebryci czy inni idioci. Owszem, pewnie mainstreamowa widownia kojarzy to nazwisko, nieco lepiej zorientowani wiedzą, że facet jest wokalistą Dżemu z którym spasował się jak tłoki z cylindrami wielkiego amerykańskiego wozu - po remoncie silnika...

wtorek, 18 stycznia 2011

Niemcy. Jeszcze bardziej nieznani

Fascynowały mnie. Wiklinowe koszyki, gipsowe krasnale, stojące na poboczu obskurne budki z ćmikami - specjalnie dla Niemców (właściwie - "tylko dla Niemców"). Zadziwiali faceci sprzedający przed granicą w Świecku zwisające beznadziejnie wędzone węgorze (a jeszcze bardziej - zadziwiali nabywcy tychże). Z niesmakiem spoglądałem na
równie kolorowo i krzykliwie, co obskurnie, wyglądające burdele przy transeuropejskiej trasie (nazwane - naturlich - "Extra Clubami" czy jakoś tak).

Wspominałem. Podróże na Zachód, przez socjalistyczne Enerdowo, kiedy to naburmuszeni, śmiertelnie ponurzy enerdowscy pogranicznicy ustępowali miejsca erefenowcom - też Niemcom, ale jakże innym. Uśmiechniętym, zadowolonym, życzliwym.

Zastanawiałem się. Czy ci mili, sympatyczni, serdeczni starsi Niemcy, spotykani w różnych towarzyskich okolicznościach, faktycznie w czasie wojny "tylko wykonywali rozkazy" albo "służyli w formacjach pomocniczych na zapleczu".

Słuchałem. Babci, z sentymentem opowiadającej o przyjacielu pradziadka - zamożnym Niemcu, który rokrocznie przyjeżdżał w odwiedziny i rokrocznie płacił pradziadkowemu pracownikowi całe 10 złotych (wówczas - spora kwota) za umycie samochodu. I próbowałem dociec, czy to faktycznie była przyjaźń i dobre międzynarodowe relacje, czy to może upływ czasu wyidealizował tamte dni...

Ostry i Emade. Starsi panowie dwaj

Na okładce wyglądają jak na hip-hopowców przystało: odpowiednio obszerne spodnie, bluzy, czapeczki, sportowe buty. Bity też porządne, hip-hopowo tłuste, brzmiące jak za Wielką Wodą, z odpowiednią dawką tego "nowego" (pomysły, smaczki, słuch), które nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z kreatywną produkcją na bardzo wysokim poziomie. Niezawodnie składający słowa w gęste rymy O.S.T.R. też w świetnej formie, swoim lekko zachrypniętym, lekko cwaniackim głosem dzieli się swoją wizją świata, w rozsądnych dawkach wzmocnioną wulgaryzmami.

Płyta idealna? Niemal.

środa, 12 stycznia 2011

Brzydkie jest cudowne. Z góry

Paweł Młodkowski. Fotograf młody, ale już utytułowany i uszlachetniony stałą współpracą z National Geographic. Ma swój rys charakterystyczny - sporo zdjęć robi z powietrza, unosząc się pod chmury na paralotni. To jego druga, po fotografii, pasja.

Kiedy powiemy, że z góry wszystko wygląda inaczej, to... będzie to banał. W końcu każdy kiedyś, jeżeli nie leciał jakimkolwiek (choćby najtańszym, najpodlejszym, na najbardziej "PKS-owskiej" linii) samolotem, to przynajmniej widział Warszawę z Pałacu Kultury, kawałek wybrzeża z latarni morskiej, albo las z wieży widokowej...

Paweł ma przewagę - to on wybiera miejsca do oglądania i udokumentowania. I wybiera niebanalnie, już w głowie przygotowując kadr i pokazując nam wycinek rzeczywistości stający się sztuką.

Swój projekt fotograficzny zatytułował "Estetyka destrukcji". Na wybranych, wydrukowanych w odpowiednim formacie, pokazuje różne paskudztwa - w dużej mierze dzieło niszczących (środowisko) rąk ludzkich.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Paula & Karol. Najbardziej uśmiechnięta płyta w Polsce!

I choćby dlatego zachwyca. Dawka pozytywnej energii, wysyłanej z najmniejszej nawet sceny przez tych dwoje młodych ludzi (wspartych utalentowanymi muzycznie współpracownikami) jest oszałamiająca. Prosta neo-folkowa muzyka, oparta na brzmieniu prostej akustycznej gitary i skrzypiec, śpiewanych unisono prostych piosenkach, nie potrzebuje właściwie niczego innego. Właśnie uśmiechu.

Majowe Mazury. W tym samym składzie

Zastanawiałem się w zeszłym roku, czy forma majowego, męskiego rejsu po Mazurach, jeszcze się nie wyczerpała.
Że tak samo, że to samo, że Mazury za małe na rosnące ambicje...
Ale Nieeee, nikt się nie wykruszył. Najpierw S. sam z siebie zagaił - czy ma rezerwować termin. Później temat podchwycili ochoczo K. i R.

sobota, 8 stycznia 2011

Junip. Poleciały piłeczki, przyleciała płyta. Fajna

Pamiętacie tę reklamę? Po oświetlonej i rozgrzanej amerykańskim słońcem ulicy San Francisco staczają się, radośnie podskakując, tysiące kolorowych piłeczek. Lecą w dół na łeb na szyję, spontanicznie, nieprzewidywalnie, z naturalnym entuzjazmem. W tle kameralna piosenka odśpiewana do akustycznej gitary przez faceta o ciekawym głosie. Dopiero na końcu hasło reklamujące serię nowych telewizorów Sony.

Z tej reklamy zadowoleni byli wszyscy: widzowie (bo była ładna), Sony (bo była skuteczna), branża (bo było o czym gadać na reklamiarskich przeglądach), słuchacze (bo przy okazji odkryli nowego wykonawcę).

czwartek, 6 stycznia 2011

Mniej piwa! O bólu głowy niealkoholika.

Podobno pijemy mniej piwa. Wypiliśmy w minionym roku o 10% mniej niż wcześniej. Ludkowie z wielkich fabryk piwa tłumaczą (dlaczego fabryk, a nie browarów - o tym za chwilę), że gorsza koniunktura, nietypowe lato, duża konkurencja winiarzy, zmiana nawyków konsumentów. I robią dobrą minę do złej gry wyliczając, że i tak statystyczny Polak wypija 90 litrów piwa na rok (chyba się nie pomyliłem i cytuję dobrze), a jest to całkiem przyzwoite europejskie "osiągnięcie".

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Satysfakcja vs. żal. Nowa płyta Martyny Jakubowicz


Najpierw się zachwyciłem. Przesmutną "Anty-kolędą", wrzuconą do Trójki na kilka dni przed Świętami. Pełna smutku, wysmakowana pieśń samotnej kobiety rozliczającej się z życiem i Bogiem. Piękna.
Wiedziałem już, że nową płytę Martyny Jakubowicz muszę mieć. Zawsze ją ceniłem, nuciłem piosenki. Po pijaku razem z innymi wyłem, że w domach z betonu nie ma wolnej miłości. Nawet akordy na gitarze mi wychodziły same spod ręki - taki to klasyk.
Były jeszcze inne piękne pieśni (do dzisiaj się zastanawiam, czy wers "i żeby ziemia zadrżała" to faktycznie nawiązanie do Hemingway'a), nawet te mniej znane. Bo w końcu Kołysankę dla misiaków znają wszyscy, nie?

niedziela, 2 stycznia 2011

Machinarium. Dziełko sztuki nowoczesnej

Zdziwiłem się. Że gra komputerowa może być tak rysunkowo wysmakowana, subtelna, może tak magicznie uwodzić urokiem symbolicznych postaci, ich grą, pięknie naszkicowanym (dosłownie) charakterem. Że może tak wspaniale budować nastrój oszczędnym dźwiękiem i fantastyczną zróżnicowaną muzyką. A jednocześnie - nie zmuszać do pośpiechu, zapewniając prawdziwy relaks. Nie jestem nawet niedzielnym graczem, więc zdziwienie było tym większe.


No jasne, poszedłem na skróty, korzystając z podpowiedzi (choć część rodziny próbowała ambitnie przejść samodzielnie)... nie mam dość cierpliwości, ciekawość zwyciężyła. Ale i tak to było kilka miłych godzin obcowania z prawdziwą sztuką. A potem jeszcze zajrzałem na stronę czeskiego studia Amanita Design (http://www.amanita-design.net). Warto...

Po przygodach rezolutnego robocika - czas na poważniejsze sprawy...

sobota, 1 stycznia 2011

Zbigniew. Wolność na mrozie - z Cobenem i Maksymiukiem

Z daleka obozowisko wygląda jak mini-wysypisko śmieci. Worki, kawałki plastiku, stare meble, płachty poszarpane kolczastymi krzakami.

Ale namiot jest ustawiony rzetelnie, dobrze zamocowany, obłożony dodatkową białą (maskującą?) folią, z wejściem od strony rzeki. Za chwilę okaże się, że ma nawet podłogę - dla izolacji od zmrożonej ziemi całość zainstalowana jest na drewnianej palecie.
Początkowa ciekawość, która kazała zboczyć kilkadziesiąt metrów ze ścieżki, ustępuje trosce. Czy aby wszystko w porządku?
W namiocie słychać jakiś ruch.

- Halo, dzień dobry?!?!
- Dzień dobry. (przez tkaninę namiotu).
- Wszystko w porządku, nie trzeba pomocy? (czy można zadać idiotyczniejsze pytanie bezdomnemu?)
- Nie, wszystko gra... (charakterystyczny odgłos odpinanego zamka błyskawicznego)