poniedziałek, 3 stycznia 2011

Satysfakcja vs. żal. Nowa płyta Martyny Jakubowicz


Najpierw się zachwyciłem. Przesmutną "Anty-kolędą", wrzuconą do Trójki na kilka dni przed Świętami. Pełna smutku, wysmakowana pieśń samotnej kobiety rozliczającej się z życiem i Bogiem. Piękna.
Wiedziałem już, że nową płytę Martyny Jakubowicz muszę mieć. Zawsze ją ceniłem, nuciłem piosenki. Po pijaku razem z innymi wyłem, że w domach z betonu nie ma wolnej miłości. Nawet akordy na gitarze mi wychodziły same spod ręki - taki to klasyk.
Były jeszcze inne piękne pieśni (do dzisiaj się zastanawiam, czy wers "i żeby ziemia zadrżała" to faktycznie nawiązanie do Hemingway'a), nawet te mniej znane. Bo w końcu Kołysankę dla misiaków znają wszyscy, nie?



Martyna Jakubowicz ma (ja to tak widzę) na naszej muzycznej scenie pozycję nienaruszalną. Jest bodaj jedyną tak charakterystyczną i rozpoznawalną i jedyną tak prawdziwą artystką szeroko rozumianego nurtu folk z hippisowskimi korzeniami. No właśnie - "prawdziwą". Sama nie pisze tekstów (autorem jest Andrzej Jakubowicz), ale brzmią one do bólu wiarygodnie - jak z serca i mózgu wyrwane. Z serca i mózgu Martyny.

Na gitarze gra jak przy ognisku, nie jest świetną wokalistką, nie jest nawet dobrą wokalistką. Nawet na płytach studyjnych nie może pochwalić się mocnym, czystym, głosem. Nie dźwięczy jak Joan Baez, nie chrypi rozdzierająco jak Janis Joplin. nuci, tak trochę od niechcenia. I jest nie do podrobienia*.

Ten przydługi wstęp był konieczny. Bo, oprócz dużej satysfakcji z posiadania nowej płyty Martyny Jakubowicz "Okruchy życia", mam też trochę żalu.

Satysfakcji - bo muzycznie cały album jest znakomity. Bardzo spójny, aranżacyjnie bardzo konsekwentny (doskonała robota Marcina Pospieszalskiego), wykonawczo świetny (Łukasz Matuszyk z cudnym akordeonem wręcz genialny), brzmieniowo w pełni satysfakcjonujący (jeden z pierwszych ważnym albumów nagranych w nowym studio w Lubrzy).

Satysfakcji - bo Martyna Jakubowicz nadal pozostaje tym, kim była. Nadal jest (mimo przybywających lat i zmieniającego się wyglądu) tą dziewczyną z gitarą, która nieco naiwnym, takim dziewczęcym nieśmiałym głosem nuci sobie te piosenki. 

Żalu - bo w warstwie tekstowej (A.Jakubowicz też jest w tym konsekwentny) pojawia się trochę quasi-poetyckiego bełkotu. Czytelnego, a jakże. Ale dla autora. Only.

Żalu - bo trudno znaleźć piosenkę, której słowa do końca zgadzają się z muzyką. Być może niesymetryczność wierszy była przeszkodą nie do przeskoczenia, może motywów muzycznych, które pojawiły się w głowie, nie dało się dopasować do liczby sylab.
W efekcie - od niektórych wersów (a zwłaszcza akcentowanych fatalnie ostatnich samogłosek) zęby zgrzytają same. Na przykład "zostaNĘ dzisiaj w domu" albo "z metaLU i z papieRU". No koszmar normalnie.

Ale, jak to mówią, do wszystkiego można się przyzwyczaić. I ja się przyzwyczaiłem. Nową płytę Martyny Jakubowicz polubiłem. Czego i Państwu życzę. O!



* Kiedyś, podsumowując okres współpracy z Andrzejem Nowakiem z TSA mówiła, że nie mogła sobie poradzić - ona, nucąca pieśniarka, z metalowym gitarzystą, który w dowolnym momencie mógł odkręcić swojego Marshalla na maxa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz