czwartek, 27 stycznia 2011

Grochówka. Jak rechot zamienia się w refleksję

Najpierw uciecha. "O, będzie kolejne fajne zdjęcie, wrzucę na FB albo/i do bloga, kilkoro znajomych się pośmieje". Ktoś ponarzeka (pytając "gdzie są służby miejskie?") na widoczny na zdjęciu reklamowy bałagan, brak gustu i "inne" poczucie estetyki. Kto inny - wydrwi naiwność przedsiębiorcy, który liczy na to, że firmy - miast porządnych cateringowych dań obiadowych - będą u niego kupować dla pracowników bigos i grochówę z kotła. Robimy więc zdjęcie reklamowego chaosu z naiwną zachętą, a potem - z czystej ciekawości zaglądamy na stronę internetową www.grochowka.com. I nagle przestajemy rechotać.


Właściciel tego "efektownego inaczej" baru rozdaje posiłki ubogim. I zachęca do tego samego innych przedsiębiorców. Tłumaczy na swojej stronie www - kupcie w kasie kupony na obiad i dajcie je potrzebującym. Możecie też zostawić (albo wpłacić na konto) pieniądze - my załatwimy resztę: dostarczymy kupony stowarzyszeniu Mali Bracia Ubogich, a oni rozdadzą je starszym osobom żyjącym na skraju ubóstwa. Oczywiście za bony wystawimy faktury i udokumentujemy fakt przekazania ich Stowarzyszeniu.

Już nie jest śmiesznie. Zrobiło się ciekawie. Telefon. Odbiera Michał Grześkowiak, lat 57.

Wychował się w domu dziecka, spomiędzy wierszy przebija "wiem jak to jest czuć głód". Sam już dawno nie głoduje. Przez dłuższy czas prowadził świetnie prosperującą firmę produkującą plastikowe karty, później interesy się popsuły, ale słychać, że to człowiek, który potrafi rzucić wyzwanie losowi. Nie mógł już finansowo pomagać ubogim (twierdzi, że przeznaczał na tę pomoc naprawdę znaczące kwoty), więc wymyślił jadłodalnie z najprostszym menu, a przede wszystkim - z systemem kuponów/bonów/zaproszeń (jak zwał tak zwał) na darmowe posiłki.  Na razie finansuje to z własnej kieszeni, ale liczy na to, że z czasem, w podobny sposób, potrzebujących zaczną wspierać inni biznesmani. Nie ukrywa - też na tym zarabia (w końcu pieniądze za posiłki ufundowane przez innych i tak spływają do jego kieszeni), ale czuć, że nie kieruje nim chęć zysku.

Rozkręca się. Snuje wizje: "ktoś kupuje na przykład 30 porcji obiadowych dla pracowników na budowie - to ja za każde 10 zakupionych porcji jedną przeznaczam dla biednych". I chwilę później milknie, po czym przyznaje, że jak dotąd żadnego przedsiębiorcy na taki nicniekosztujący gest nie udało się namówić.

Ale ożywia się po kilku sekundach. Znów wierzy, że to dobry pomysł i tym ludziom dzięki temu uda się pomóc lepiej.

Ja też wierzę. Jemu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz