Zamiast BIO

Muzyką przeróżną zafascynowany od wielu lat. To znaczy od momentu, gdy nauczył się słuchać jej świadomie i odnajdywać w niej Ważne Sprawy. W różnych konstelacjach grał muzykę pop, bluesa, ożywczy funk, piosenkę kabaretową i poetycką, by dojść do etapu spokojnych, nostalgicznych, a czasem intymnych ballad. Przez ostatnie lata skupia się właśnie na solowych występach, prezentując autorski repertuar w ascetycznych aranżacjach. Większość piosenek dotyka tematów morskich i żeglarskich. Ale autor traktuje to jako pretekst i punkt wyjścia do uniwersalnych rozważań o człowieku – jego potrzebach, pragnieniach, kawałkach szczęścia i momentach zwątpienia. Konkursy i nagrody: • Przegląd Piosenki Żeglarskiej Forpik - I miejsce (1992), • VIII Szantaklaus Poznań 2013 - II miejsce, • Konkurs Piosenki Żeglarskiej EtnoFestiwal Olandia 2014 - I miejsce, • IX Szantaklaus Poznań 2014 - wyróżnienie, • XXXV Shanties Kraków 2016 - nominacja do udziału w Festiwalu, • XXXII Festiwal Piosenki Żeglarskiej Kopyść 2016, Białystok: III nagroda, • XIX Festiwal Piosenki Żeglarskiej Charzykowy 2016 - II miejsce, • XXXVI Rafa Radom 2016 - nagroda specjalna, • XXXIII Kopyść Białystok 2017 - wyróżnienie, • Szanty nad Zalewem (Tolkmicko) 2017 - II miejsce, • Szanty pod Żurawiem 2017 - II miejsce, • Szanty pod Żurawiem 2018 - Grand Prix, XXXVIII Międzynarodowy Festiwal Piosenki Żeglarskiej SHANTIES 2019 w Krakowie - Nagroda im. Moniki Szwai za najlepszy tekst piosenki premierowej.

wtorek, 30 listopada 2010

Poznań. Ci ludzie umrą z przepracowania (historia prawdziwa)

Uliczka blisko Starego Rynku. Przy uliczce - opuszczony i zapuszczony sklep odzieżowy. Na ścianie tablica - to właśnie tutaj swoją siedzibę ma blisko czterdzieści spółek z o.o.
Nie wiadomo czym się zajmują (google milczy na ten temat), ale Krajowy Rejestr Sądowy podaje nazwiska członków zarządu.

To mnie przeraziło.  Bo prezesami i wiceprezesami spółek są Państwo C., Państwo F. i Panowie K.
Na każdy z dwuosobowych zespołów przypada po 10-12 spółek.
A to oznacza, że ci ludzie pracują na 12 etatów. W dodatku - w jakich warunkach!... ;)
Normalnie kapitalizm w najgorszej postaci...

Ciekawe kiedy zastrajkują...

wtorek, 23 listopada 2010

Poznań staje się Warszawą. Niedługo będzie stolicą

Obrazkiem, który w ciągu ostatnich lat chyba najbardziej kojarzył mi się z Warszawą, były rozłożone na przystankach tramwajowych w samym centrum miasta stoiska handlarek. Sznurowadła, ręczniki, gacie, rajstopy - wszystko to estetycznie (po wyjęciu z charakterystycznych wielkich toreb w szerokie pasy) wyłożone na gustownych płachtach. W oczy rzucała się również wielka hala tuż obok Pałacu Kultury (plus "szczęki" w bonusie - to tu, to tam).

Rozumiałem, że drobni sprzedawcy gaci i sznurowadeł muszą z czegoś żyć, nie rozumiałem natomiast dlaczego władze miasta (ze zbrojnym ramieniem w postaci straży miejskiej) nie chcą/nie mogą poprosić handlarzy o przeniesienie się np. na targowisko czy ryneczek - żeby wilk był cały i owca syta. W naiwności swojej myślałem, że reprezentacyjne miasto, z wyrastającymi wszędzie imponującymi budynkami, piękniejące z roku na rok, tętniące Wielkim Życiem, powinno mieć reprezentacyjne chodniki i przystanki tramwajowe.

Uznałem wreszcie, że to ja się mylę. Zrozumiałem, że stoiska z gaciami i sznurowadłami na chodniku najgłówniejszej ulicy, są elementem niezbędnym do podkreślenia stołeczności. Że bez nich (tak jak bez Zamku Królewskiego, Syrenki, Krakowskiego Przedmieścia) Stolica nie byłaby stolicą, nie byłaby miastem jednoznacznie określanym jako Centrum Kraju, Serce Rzeczypospolitej.

Kamień spadł mi z serca.

A ostatnio (i teraz przechodzę do własnego ogródka) widzę, że i Poznań zaczyna aspirować do podobnej roli. Domyślam się, że władze naszego miasta podpatrzyły warszawskie wzorce i zręcznie wprowadzają do naszej rzeczywistości to, co niestety wyrugowano na początku lat 90. ubiegłego stulecia*. Na razie stoisk jest stosunkowo niewiele (zaledwie kilkanaście), niestety wciąż wyglądają zbyt profesjonalnie (namiociki na stelażu), ale... idziemy w odpowiednią stronę. Zarówno jeżeli chodzi o asortyment (gacie, sznurowadła) jak i lokalizację na prawie głównej ulicy (jeszcze nie Aleje Jerozolimskie, dopiero Półwiejska, ale kierunek odpowiedni).

Wierzę w to że władze miasta dopilnują, by słuszna tendencja była utrzymana. W końcu nam wszystkim zależy na tym, żeby Poznań był Stolicą! Idźmy dalej! Nie poprzestawajmy na terminie "Stolica Wielkopolski"! Jedyna poprawka - nie wolno ograniczać spontanicznego handlu do ul. Półwiejskiej. Dlaczego inni mają mieć gorzej? Niech też poczują powiew wielkiego świata.



* Kiedy kończyłem szkołę średnią, w Polsce nastał kapitalizm. W drodze ze szkoły do domu niemal codziennie przechodziłem ul. Półwiejską. A właściwie - lawirowałem między łóżkami polowymi, stoliczkami, płachtami, stojakami, prowizorycznymi budkami. Zachwycałem się rozłożonymi tam, wcześniej niedostępnymi, dobrami. Podobnie było na św. Marcinie, na 27 grudnia z Placem Wolności, na Paderewskiego, na Gwarnej, Dąbrowskiego itd...

PS. Z góry rozwiewam wątpliwości Przyjaciół z Warszawy: to nie jest post przeciwko Waszemu Miastu :)) Zresztą u Was hali już nie ma, a i tych gaci mniej...

sobota, 20 listopada 2010

Po Marszu Równości - wszyscy szczęśliwi

Takie coś nieczęsto się zdarza. Z marszu pod hasłami równouprawnienia wszystkich i niedyskryminowania nikogo, okrzyczanego i bluzgami oraz groźbami obrzuconego przez grupę radykalnych kiboli (walczących - jak tłumaczą - z promowaniem homoseksualizmu), cieszą się wszyscy. Tu nie ma poszkodowanych, sami wygrani.

Cieszą się:
- kibole, bo pokrzyczeli na pedałów, wyrazili swoją złość i brutalną troskę o zdrowie moralne społeczeństwa,
- organizatorzy marszu, bo bez odpowiednio kontrastowego tła w postaci groźnej opozycji przecież marsz nie miałby sensu,
- geje i lesbijki, bo mają w ręku kolejne dowody dyskryminacji i potwierdzenie tezy o "ogromnym zagrożeniu",
- media, bo mają o czym pisać i mówić (spokojne przejście tej grupy przez miasto byłoby największą tragedią),
- policja, bo dobrze wykonała swoją robotę,
- mieszkańcy miasta, bo wymienieni wyżej przeszli, poszli do domu i... teraz znów rok świętego spokoju.

Czasem słońce, częściej deszcz

W piątkowy wieczór do pełnej poznańskiej Brovarii zajrzał ze swoimi współpracownikami niemal-prezydent Ryszard Grobelny. Właściwie ze zwycięstwem w kieszeni, bo przecież wszyscy wiedzieli że jest już właściwie zwycięzcą tego wyścigu.
Nie, nie dostał od nikogo po zębach, nikt też nie rzucił się z prośbą o autograf. Siedział spokojnie, na pewno nie nadużywał.

Los się z nim obszedł łaskawie. Inni, beznadziejnie liczący na ślepy traf, kandydaci, jeszcze siě odrobinę łudzą. Ale w swój sukces wierzą już chyba tylko w tych krótkich momentach, kiedy rozbłyska słońce.
Później, kiedy znów zaczyna padać deszcz, przekonują się, że to jednak Ryszard jest the best...

niedziela, 14 listopada 2010

Rzekami. Idea zakiełkowała.

No więc jest tak:
Należy popłynąć. To jasne. Należy popłynąć za niewielkie pieniądze, oglądając miejsca, których w inny sposób zobaczyć się nie da. Popłynąć, żeby poznać innych ludzi - ciekawych, żyjących trochę na uboczu, zwykle pomijanych (bo przecież u nich "nic ciekawego się nie dzieje").
Wcale nie trzeba eksplorować rzek zachodniej Syberii. Na (dobry) początek wystarczy jakiś fajny szlak naszymi wciąż nieodkrytymi (np. dla spływów kajakowych), zwykłymi, teoretycznie nieciekawymi, rzekami.

Założenie jest takie:
Należy popłynąć odkrytopokładowym, lekkim jachcikiem z ożaglowaniem gaflowym, umożliwiającym łatwe przepływanie pod mostami, dostosowanym do pływania na wiosłach i/lub silnik. Jachcikiem, którym udaje się sucho (zatem 470-tki raczej odpadają) przewieźć niezbędne bagaże i prowiant, na którym (pod prowizorycznym namiotem) da się przenocować. Który da się bez problemu przenieść nad zwalonym drzewem, który da się bez problemu zepchnąć z mielizny...

(pomysł pojawił się dawno, oj dawno, a teraz zaczyna się krystalizować)

Blisko natury, blisko ludzi, blisko ludzi. Na przykład czymś takim... (zdjęcia za www.dinghy.pl).

wtorek, 9 listopada 2010

Przedwyborcza depresja, czyli wszyscy głosujemy na Ryszarda Grobelnego

Nie wiadomo, czy cieszyć się z wysypu niebanalnie reklamujących swoje poglądy, oryginalnie rzucających w powietrze swoje niespełnialne obietnice, zręcznie lansujących się, kandydatów. Internet daje pole do popisu. Na przykład taką Panią Martą zachwyceni są chyba wszyscy. Nic to, że odwoływanie się do anielskiego autorytetu w piosence obrandowanej logo SLD (dość ostrożnie podchodzącego do spraw wiary) brzmi dość ryzykownie, nic to, że lewicowa (zatem - z definicji walcząca o prawa kobiet, sprzyjająca feministkom) kandydatka epatuje długimi nogami jawnie nawiązując do seksistowskich reklam. Nic to, że pieśń jest potwornie głupia i naiwna, a muzycznie i aranżacyjnie tragiczna. Ważne, że moja rodzina mimowolnie podśpiewuje "hej Marta, hej Marta - niech każdy zawoła!". Ja też śpiewam. Takie to skuteczne.


Zazdroszczę mieszkańcom Mazowsza takiej kandydatki. Tak jak zazdroszczę mieszkańcom Pomorza Superradnego (widziałem na prymitywnym klipie, jak przepychał samochód rozeźlonemu zablokowanym chodnikiem, mieszkańcowi osiedla), albo rapującego całkiem nieźle kandydata ze Śląska.
Coś się dzieje.

W Poznaniu mamy smutne tablice na których kolejne komitety przyklejają równie smutne plakaty ze smutnymi obliczami. Żadna kandydatka nie chwali się nogami do ziemi, żaden kandydat nie pręży wyćwiczonego na siłowni torsu. Jakoś omijają nas przyjemności i zachwyt z wytrysków kreatywności lokalnych pretendentów do krzeseł w Sali Sesyjnej.


Sytuację (niestety, w niewielkim stopniu) ratują kandydaci z mniejszych wielkopolskich miast i miasteczek. Słyszałem na przykład reklamę rozpoczynającą się od stylizowanego dialogu kierowców gaworzących przez CB-radio. Żargon jest tak charakterystyczny i tak sympatyczny (albo skrajnie irytujący - to już zależy od podejścia), że reklama, choć nieporadna, rzuca się w uszy.
A w Poznaniu? W Poznaniu mamy paździerzowe tablice, na które GŁÓWNY WYGRANY tegorocznych wyborów samorządowych, prezydent Poznania Ryszard Grobelny, zagonił wszystkich konkurentów i wszystkie startujące ugrupowania. Tłumaczył to dbałością o porządek w mieście (żeby plakaty nie wisiały gdzie bądź, zaśmiecając Poznań), a efekt osiągnął wspaniały - te plakaty nikogo nie interesują.
Jeżeli więc zapytamy - kogo będziemy wybierać, przeciętny mieszkaniec Poznania powie "no, tego, prezydenta". "Jakiego?" "No, Grobelnego".

Grobelny raczej nie zatańczy i nie zaśpiewa jak Pani Marta, nie zarapuje też. W TV przy okazji maratonu już się pokazał, na profesjonalnych filmach zamieszczonych w sieci jest do bólu piękny, skuteczny i świetny. Wygra.
Jego otoczenie, składające się z równie pięknych, skutecznych i świetnych kandydatów ma równie mało wigoru, równie mało szaleństwa i charyzmy w oczach. Więc z ich strony również niewiele nas spotka.

Czy konkurenci staną na wysokości zadania. Czy w desperacji swojej choć spróbują zrobić coś niespotykanego i nieprzewidywalnego, co mogłoby poruszyć poznaniakami (żeby ci przestali mówić, że "wybieramy Grobelnego")? Żeby choć przez chwilę wybory stały się rywalizacją?

Namawiam do tego. Jeżeli któreś z ugrupowań konkurencyjnych (poza SLD, któremu z gruntu nie ufam) zorganizuje coś takiego jak poniżej (to oddolna kampania przed wyborami w Czarnogórze), obiecuję że się przyłączę. Choćby dla samej satysfakcji wsparcia kogoś słabszego, któremu SIĘ CHCE.


Namiary znacie.

czwartek, 4 listopada 2010

Albania. Valbonë, czyli jak powstaje kurort

Właściwie powinienem dodać "niestety". Oczywiście doskonale rozumiemy, że oni też chcą zarobić, że piękne góry nie mogą się "marnować", że trzeba tam ściągnąć turystów z zagranicy albo zamożnych Albańczyków-urlopowiczów.
Do tego potrzebne są dobre drogi, restauracje o zachodnim standardzie, takież pensjonaty i hotele.

Wieś Valbonë, uznawana słusznie za perłę albańskich gór, jest takim miejscem do którego będą ściągać tłumy. Ma same zalety - baaardzo malownicze położenie, łatwy dojazd (trwa budowa porządnej asfaltowej szosy), bliskość wysokich gór (gratka dla milośników wspinaczki, grotołazów), duże tereny które z powodzeniem można zabudować bardziej lub mniej udaną turystyczną infrastrukturą.


No właśnie. Niestety, powstające w Valbonë budynki to europejski standard: duże, eleganckie, drewniane góralskie domy. Takie jak w Niemczech, Italii, czy w co bogatszych tatrzańskich miejscowościach. Jeżeli kamień - to tylko w podmurówce, jeżeli gont - to tylko w formie drobnego inwestorskiego kaprysu na daszku przy bramie. Stare domy (kamienne, z grubymi murami chroniącymi przed chłodem i małymi okienkami) doskonale komponujące się z otaczającymi dolinę skalistymi szczytami, popadają w ruinę, opuszczone - zarastają dzikimi krzewami. Pewnie ostatecznie znikną, a na ich miejsc powstaną "ładne" pensjonaty dla zamożnych gości.


Tak jak mini-hotelik z niezłą restauracją, przy samym wjeździe do Valbonë, z szyldami w obcych językach, perfekcyjnie przystrzyżonym trawnikiem, basenami pełnymi gotowych do odłowienia i przyrządzenia pstrągów, z wiatą pod którą jest dość miejsca na dodatkowe stoliki (choćby dla sporej grupy turystów którzy właśnie zeszli z gór). 


W pewnym sensie to fascynujące. Możemy wyobrazić sobie, jak na początku XX wieku powstawały nasze górskie kurorty, jak - wraz z "odkrywaniem" gór przez ludzi z miast - z niewielkich miasteczek żyjących własnym, naznaczonym porami roku, tempem, stawały się przystankami.
Przystankami na kamienistej drodze do dzikiego i surowego.

Valbonë już za chwilę dzika nie będzie.


czwartek, 28 października 2010

Albania. Promem po jeziorze Komani


Pada. W ciemnościach, po tradycyjnie kiepskiej, błotnistej bitej drodze (po lewej bardziej czujemy niż widzimy stromy stok, a może nawet przepaść) dojeżdżamy do przystani promu. Ponuro, zimno, lichy domek z nędznym barkiem i bezokiennym szaletem. W słabym odblasku światła wyciekającego przez brudne okno widać zarysy stojącego na wodzie statku. Jesteśmy w Fierze - tam, gdzie zaczyna się jezioro Komani, jedno z najatrakcyjniejszych widokowo miejsc w północnej Albanii. Wcześnie rano odpłynie stąd prom do Koman.


Gościnność właściciela baru poprawia nieco nastroje. Dobra kawa, skromna sałatka, chleb. Na deser coś mocniejszego. Przy stoliku obok grupa drwali/kierowców/górali/robotników gra w karty, kolega właściciela intensywnie się nam przygląda...


O świcie skojarzenia z klimatem od Stachury pożyczonym są jeszcze silniejsze. Nadal pada, wszystko dookoła szare - woda, góry, budynki, wysłużony prom, samochody powoli wtaczające się na pokład. Ciężarówka z drewnem, kilka zużytych osobówek. "Liniowe" mikrobusy do Tirany (oczywiście Mercedesy), na dachu jednego z nich - spętane w workach, apatycznie oglądające otoczenie kozy.






Szybka kawa w nadbrzeżnym barze i odbijamy. Prom nabiera szybkości. Zimno. W pustawym, przestronnym "salonie" pasażerskim przy prostych stolikach podrzemują albo niespiesznie rozmawiają niewielkie grupki tubylców. Na ekranie dużego telewizora - występ lokalnej gwiazdy popu (takiej naszej Dody, chociaż oszczędniejszej ekspresji), przy barze ktoś wychyla rakiję.




Góry dookoła coraz wyższe, brzegi przestają być brzegami a stają się pionowymi skałami sięgającymi nieba. Między nimi w najwęższych miejscach ledwie kilkadziesiąt metrów wody. Gdybyśmy zalali Dolinę Kościeliską, pewnie wyglądałaby podobnie...

Już nie pada, podziwiamy widoki żałując trochę, że nie ma lepszego światła, że pogoda tym razem nie była łaskawa.




Kapitan w zadbanym mundurze oddał dowodzenie "cywilnemu" sternikowi, a sam je śniadanie (kanapka, kawa, seta) na mostku, przy stoliku pod amerykańską flagą. Młody, sympatyczny sternik, chętnie opowiada o jeziorze, o jego zmniejszającej się (wraz z rozwojem normalnych dróg) roli komunikacyjnej, o turystach, którzy coraz chętniej zaglądają do Albanii.


Zmienia się krajobraz. Pionowe skały ustępują miejsca nadal bardzo wysokim, ale już zielonym górom, na zboczach widać domostwa. Można do nich dotrzeć tylko pieszo, uprzednio dopływając do konkretnej wsi łodzią. Tak dociera tutaj to, czego mieszkańcy nie są w stanie wyprodukować samodzielnie. Z pokładu widokowego na dachu promu widok jest najlepszy. Robimy zdjęcia i sami jesteśmy obfotografowywani. Dla kilkuletnich dziewczynek, które urwały się rodzicom z jednego z busików, to prawdziwa atrakcja - zdjęcia przybyszów zrobione komórkami będą pewnie pokazywać koleżankom w szkole.




Ostatni zakręt, widać już koniec jeziora podsumowanego równą linią betonowej zapory. Załoga promu szykuje cumy, powoli uruchamia mechanizm opuszczania rampy. Kierowcy samochodów odpalają silniki, podróżni niezmotoryzowani stoją blisko wyjścia, by po dobiciu jak najszybciej dotrzeć do jednego z czekających mikrobusów, by bez zwłoki ruszyć dalej. Jakieś małe kłopoty ze stojącym zbyt blisko kutrem, z przycumowaniem do nierównego brzegu, z odpowiednim opuszczeniem rampy. Samochody już na biegu, odzywają się klaksony, piesi już dawno wyskoczyli na brzeg.



To jest tych kilkanaście minut, kiedy na spokojnej, nudnej przystani, wrze jak w ulu. Rozładunek, załadunek, spieszący się ludzie, trąbiące samochody, sprzedawcy fig, handlarze, marynarze, górale w tradycyjnych czapkach, skromnie ubrane starsze kobiety, dwudziestolatkowie z modnymi fryzurami. Mniejsze kutry z mydłem i powidłem do nadbrzeżnych miejscowości już odpłynęły, prom odpłynie za kilkadziesiąt minut.


Przystań znów ożyje jutro.

niedziela, 24 października 2010

Albania. Złe bunkry, dobry zasięg

Enver Hodża był dyktatorem. Przez kilkadziesiąt lat rządził Albanią. I jak każdy dyktator - nie zapisał się dobrze w historii swojego kraju. To właśnie jemu przypisuje się stworzenie paranoicznego systemu represji, doprowadzenie do społecznej i gospodarczej ruiny. Podobno "udało" mu się zrobić to, czego dzięki Bogu nie zrobili przywódcy w innych krajach, również testujący socjalizm i komunizm na ludziach. Albania upadła i teraz mozolnie się podnosi.
Bodaj najbardziej rzucającą się w oczy pamiątką po Hodży są tysiące bunkrów, ustawionych dosłownie wszędzie. Przywódca (jak na dyktatora przystało - całkiem nieźle, we Francji, wykształcony) przekonany o istnieniu planów inwazji na Albanię, przerażony wizją utraty władzy, kazał rozrzucić te prefabrykowane pseudo-schrony po całym kraju. Widać, że były budowane byle jak, miały prymitywną konstrukcję, zresztą samo ich rozmieszczenie często każe wątpić w istnienie jakiegoś strategicznego planu. Od znanych nam poniemieckich umocnień dzieli je przepaść.
Oczywiście, nikt z nich nigdy nie korzystał, przynajmniej w celach obronnych.

Teraz część przydaje się jako magazynki, komórki czy schronienie dla pasterzy w górach. Niestety, choć słabe i niezbyt mocno zakotwione w ziemi, są zbyt ciężkie by je usunąć. Zarastają więc, bardzo powoli poddając się przyrodzie. Ta pewnie wchłonie je dopiero za kilkaset lat...

Albańczycy bunkry pozostawili, bo mają na głowie o wiele poważniejsze problemy. Nie radzą sobie z odpadami (widać to na nizinach i nad morzem), stara sieć energetyczna dyszy ostatkiem sił (tzn. właściwie już umarła i prywatne agregaty prądotwórcze przy domach czy sklepach muszą włączać się bardzo często), robią wszystko żeby jak najszybciej zbudować choć podstawowy szkielet dobrych dróg łączących najważniejsze miasta.

Za to znakomicie działa sieć komórkowa. Zaskakiwał nas widok ustawionych w niedostępnych górach, błyszczących nowością masztów stacji bazowych (z pyrkającymi generatorami, bo oczywiście "prądu nie dowieźli"), zadziwiał maksymalny poziom sygnału w naszych komórkach, nawet w najbardziej zapadłych wsiach, na przełęczach, w głębokich górskich dolinach. Doceniliśmy to już po powrocie do Polski, gdy nagle okazało się, że niewysoka górka i kawałek lasu są dla naszych rodzimych operatorów problemami nie do przejścia.

Czyli: bunkry (poniemieckie) mamy lepsze, zasięg mamy gorszy.

sobota, 23 października 2010

Albania. Pokomunistyczna (?) improwizacja

Zacznę od końca. Znaczy - od tłumika. Uszkodzonego. Ot, mądra konstrukcja japońskich speców nie wytrzymała albańskich dróg.
Już drugi warsztat w jednym z większych miast Albanii okazał się strzałem w dziesiątkę. Czysty (jak tylko czysty może być warsztat samochodowy), dobrze wyposażony - nie tylko w przyzwoite urządzenia, ale też w nader lotnego młodego mechanika sprawnie operującego językiem włoskim. W trzy sekundy zdemontował pół układu wydechowego Patrola, a potem rozpoczęło się konsylium nad rurami. Połączone siły albańsko-polskie (albański mechanik, polscy: ekonomista, filolog i inżynier budownictwa) doszły szybko do kreatywnego porozumienia, mechanik w piętnaście sekund odnalazł w podręcznym magazynku kawałek rury o średnicy idealnie zgodnej z nissanowskim standardem i przystąpił do pracy: tnąc palnikiem, naginając, spawając pod odpowiednim kątem. W kilkadziesiąt minut w albańskim warsztacie powstało rozwiązanie techniczne bardzo skutecznie sprawdzające się w najcięższych warunkach. Koszt: 20 EURO.

Były i inne obserwacje: absolutnie genialna sprawność małego Francesco, który w 2 minuty załatwił z mamą improwizowany, urozmaicony obiad dla 6 osób i zorganizował błyskawiczne zwiedzanie swojej wsi; gotowość właściciela podłego baru nad jeziorem, który na odludziu, w środku deszczowej nocy był gotów przyrządzić nam kolację z niczego (serio, na półkach nie miał nic, tylko gorzałę i ekspres do kawy).

Czy mechanik gdzieś pod Monachium równie sprawnie wymyśliłby sposób naprawy japońskiego tłumika - przy użyciu rury z recyklingu? Czy 55-letni właściciel kafejki gdzieś w centralnej Francji (bez kuchni) wpadłby na to, jak wykarmić grupę turystów na kilkadziesiąt minut przed zamknięciem knajpy? Z drugiej strony - pewnie znaleźlibyśmy takiego "albańskiego mechanika" gdzieś na Podlasiu albo na Pomorzu.

Chyba coś w nas, ludziach naznaczonych latami zupełnie bezsensownego systemu, jeszcze jest. Rodzaj siły, pozwalającej radzić sobie w zaskakujących sytuacjach, pokonywać trudności, traktując to jednocześnie jako coś normalnego. Pewnie trochę idealizuję, ale miło było poczuć tę wspólnotę.

czwartek, 21 października 2010

Albania. Bałkański kocioł

Nie, nie jesteśmy w stanie tego pojąć. Możemy po raz wtóry czytać o liniach podziału, tle konfliktu, jego eskalacji, głównych i bocznych tropach, ewolucji przyjaźni i nienawiści na przestrzeni wieków, a i tak tego nie zrozumiemy. Dla nas, ze spokojnej, bezpiecznej Północy, wzajemne antagonizmy bałkańskich narodów, grup etnicznych, klanów - są wielką zagadką i pewnie w większości przypadków budzą przerażenie.

Z jednej strony - aspirujące do UE (chcą tego tak bardzo, że na swoich tablicach rejestracyjnych przyklejają sobie flagi z unijnymi gwiazdkami) dynamicznie rozwijające się państwowości, odbudowujące się z komunistycznej ruiny, zaludnione ubranymi jak my i wyposażonymi w podobne gadżety mieszkańcami, miasta. Internet, dobre samochody, wyrastające w ekspresowym tempie nowe domostwa, autostrady, anteny satelitarne na najlichszych chatynkach.
Do tego (na pierwszy rzut oka) nie wadzące sobie nawzajem meczety, katolickie krzyże czy prawosławni zakonnicy na stacji benzynowej (to już Serbia).

Z drugiej strony - hasła na murach, rozstrzelane znaki drogowe, zapory przeciwczołgowe i wojenne umocnienia przy bazie wojskowej, informacja o dziesiątkach (może nawet setkach) tysięcy sztuk broni w albańskich domach i... serbski policjant, demonstracyjnie spluwający na wiadomość że jedziemy do Albanii. Do tego obrazki z TV - flagi palone na meczach, zamieszki, niekończące się wojny dyplomatyczne (ktoś kogoś uznaje pod naciskiem, ale bardzo niechętnie, ktoś kogoś nie uznaje).

Teraz jest tam spokojnie, ale jednak... wrze. Chyba że to tylko stereotypowy obraz. Oby.

środa, 20 października 2010

Albania. Kasztany

Trzeba spróbować. Można oczywiście kupić już uprażoną porcję u ulicznego sprzedawcy, można kupić torebkę kasztanów na targowisku i później samodzielnie upiec je na patelni.
Ale najlepiej zatrzymać się przy drodze, zebrać dwie garście i wieczorem przyrządzić je przy ognisku. Takie są najlepsze.

W górach, gdzie liczy się każdy metr wydartej skale uprawy, gdzie poletko wielkości boiska do siatkówki to już poważny areał, gdzie ludzie troszczą się o każdą kolbę kukurydzy i każdego pomidora, gdzie plony pewnie ledwie wystarczają na użytek własny i zimową paszę dla zwierząt, kasztany  są jednym jednym z nielicznym płodów "eksportowych".

Do "głównej drogi" (wiecie już, skąd ten cudzysłów) schodzą się ścieżkami ze swoich gospodarstw górale z workami pełnymi kasztanów. Często kasztany przyjeżdżają na grzbietach osiołków z domostw odległych o dobrych kilkadziesiąt i więcej metrów (odległych w pionie !). Niekiedy jest to kilka kursów - by dostarczyć do punktu odbioru całkiem sporą ilość towaru.



Potem zbieracze siadają przy drodze, pilnują worków i cierpliwie czekają na transport - już samochodowy.

Ile z tego mają? Pewnie niewiele. Kasztany na straganie w mieście kosztują niewiele, w hurcie pewnie jeszcze mniej, a górale dostają pewnie ułamek tej kwoty. Kasztany to nie kokosy.

wtorek, 19 października 2010

Albania. Języki i Francesco

Znacie albański? Pewnie nie znacie. Ale i tak się dogadacie. Albańczycy sporo podróżują. Wielu z nich pracuje za granicą (Niemcy, UK, Włochy), skąd przywożą nie tylko auta na niemieckich i brytyjskich blachach, z kierownicami po różnych stronach, ale również znajomość języków obcych. W rezultacie - jeżeli zagadnięty Albańczyk nie zna obcego języka, to na pewno w pobliżu znajdzie się zaraz ktoś, kto chętnie potłumaczy. Kelner w restauracji, sternik na promie, zupełnie przypadkowy facet na przystani, przechodnie na ulicy, mechanik w warsztacie, młody chłopak zapytany w górach o drogę... Z każdym z nich dogadywaliśmy się bez problemu. Wszyscy kojarzyli Polskę (albo przynajmniej zręcznie udawali), a niektórzy rzucali nawet nazwiskami - Wałęsa, Gomułka (!).

Największe zdumienie wywołał jednak 10-letni Francesco, syn właścicieli małego gospodarstwa agroturystycznego w Theth (wieś w górach, szkoła do której uczęszcza 10 dzieci). Powitał nas przy wjeździe, sprawną angielszczyzną z ładnym akcentem. Później zorganizował obiad (zaganiając do tej roboty mamę), w oczekiwaniu na posiłek oprowadził po wsi, pokazując lokalne atrakcje, potem zagadywał, opowiadał o swojej rodzinie, o turystach, o lokalnych zwyczajach. Niesamowity chłopak. Angielskiego nauczył się podczas zajęć letniej szkoły, prowadzonej przez angielskiego wolontariusza.




Piotr, jak my wszyscy zaszokowany otwartością i obrotnością Francesco, w pewnym momencie zaczął do niego mówić per "Mr President". Miał rację, młody - jak nic - zostanie w przyszłości KIMŚ.

poniedziałek, 18 października 2010

Albania. Vendetta

Albańczycy są gościnni, życzliwi, kontaktowi. Ale jednocześnie ich życie (szczególnie na surowej północy) wciąż podporządkowane jest odwiecznemu Kanonowi, który za komuny tępiony, po upadku reżimu odżył z nową siłą. Wbrew pozorom to nie jest banalne "oko za oko". Prawo (raczej - obowiązek) pomszczenia śmiercią śmierci członka rodziny regulowane jest wieloma zastrzeżeniami, tradycjami, z opisaniem roli mediatorów włącznie.
W każdym razie - ktoś, kto zabije swojego np. znajomego czy sąsiada, ucieka czym prędzej w jakieś ukryte miejsce albo wyjeżdża z kraju. Dawniej mężczyźni uciekający przed zemstą (dotyka ona już małych chłopców - wystarczy że mają dość siły by nosić broń) chowali się w specjalnych wieżach. Był to rodzaj warowni, z wciąganymi drabinami i otworami strzelniczymi pozwalającymi na ostrzał napastników. W tych wieżach czekali na przybycie sędziów-mediatorów, którzy próbowali wynegocjować z rodziną ofiary (znaczy - tego pierwszego zabitego) rodzaj "zawieszenia broni" czy "moratorium". Oczywiście, to chwilowe zabezpieczenie również było obwarowane szeregiem warunków.
Choć warownia (świetnie zachowana, wyremontowana dzięki wsparciu Holendrów) w górskiej wiosce Theth (na zdjęciu) jest typową atrakcją turystyczną, to vendetta jest jak najbardziej aktualnym i poważnym problemem społecznym współczesnej Albanii. Śmiechu nie ma...

niedziela, 17 października 2010

Albania. Przed najazdem turystów?

Pewnie na razie się boją. Na razie przerażają legendy o "kradzieżach i napadach zwłaszcza w górskiej części Albanii", na razie boją się o swoje drogie auta na fatalnych górskich drogach, albo po prostu boją się Bałkanów.
Ale przyjadą. Łazić i wspinać się po górach, odpoczywać nad morzem. Odkryją nadal nieodkrytych ludzi, zobaczą krajobrazy jakich jeszcze do znudzenia nie obfotografowano.
Albania intensywnie się do tego przygotowuje. Będzie turystycznym tygrysem. Amen

sobota, 16 października 2010

Albania. Domy

Biedne, biedne, biedne. Surowe, wysoko w górach, do wielu prowadzi tylko wąska ścieżka. Transport - tylko osiołkowy.

Albania. Drogi

Niezmiennie fascynuje mnie sposób przeprawiania się Albańczyków przez góry. Po oficjalnych trasach łączących miejscowości (wielkie, ostre kamienie, błoto, przepaści) pomykają 30-40 letnie busiki Mercedesa. Ludzie nimi jeżdżą, a od czasu do czasu spadają. Nie brakuje "wieloosobowych" tablic nagrobkowych... Ale dla nich to norma. Po prostu tak jest. Owszem, do wioski Theth na końcu świata szybsza droga przez przełęcz 1700 mnpm jest zamykana, ale przecież można jechać tą wolniejszą (zobaczcie jaką mieliśmy na niej średnią), za to wspinającą się zaledwie na 1200.

Albania. Kolory

Ci, którzy byli, mówią, że jesienią góry tutaj wyglądają najpiękniej. Mają rację.
Żółcie, czerwienie, rudości, brązy, wszystkie zielenie, okraszone pomarańczą. Jak na obrazku jesiennym naiwnego dziecka. Tylko w realu...

czwartek, 14 października 2010

Albania. Nad chmurami

Przejazd górskimi (na mapach oznaczone jako normalne) drogami to dla normalnego samochodu wyzwanie kosmiczne, dla 4wd - powolna, ale zabawa...
Mozolne drapanie się po górach rekompensują widoki.

wtorek, 12 października 2010

Albania. Nocleg w górach

Można tak. Całkiem na dziko, na przełęczy na którą mogą wjechać tylko nasze auta... wrażenia do opowiadania, ale lepiej obejrzenia.