sobota, 23 października 2010

Albania. Pokomunistyczna (?) improwizacja

Zacznę od końca. Znaczy - od tłumika. Uszkodzonego. Ot, mądra konstrukcja japońskich speców nie wytrzymała albańskich dróg.
Już drugi warsztat w jednym z większych miast Albanii okazał się strzałem w dziesiątkę. Czysty (jak tylko czysty może być warsztat samochodowy), dobrze wyposażony - nie tylko w przyzwoite urządzenia, ale też w nader lotnego młodego mechanika sprawnie operującego językiem włoskim. W trzy sekundy zdemontował pół układu wydechowego Patrola, a potem rozpoczęło się konsylium nad rurami. Połączone siły albańsko-polskie (albański mechanik, polscy: ekonomista, filolog i inżynier budownictwa) doszły szybko do kreatywnego porozumienia, mechanik w piętnaście sekund odnalazł w podręcznym magazynku kawałek rury o średnicy idealnie zgodnej z nissanowskim standardem i przystąpił do pracy: tnąc palnikiem, naginając, spawając pod odpowiednim kątem. W kilkadziesiąt minut w albańskim warsztacie powstało rozwiązanie techniczne bardzo skutecznie sprawdzające się w najcięższych warunkach. Koszt: 20 EURO.

Były i inne obserwacje: absolutnie genialna sprawność małego Francesco, który w 2 minuty załatwił z mamą improwizowany, urozmaicony obiad dla 6 osób i zorganizował błyskawiczne zwiedzanie swojej wsi; gotowość właściciela podłego baru nad jeziorem, który na odludziu, w środku deszczowej nocy był gotów przyrządzić nam kolację z niczego (serio, na półkach nie miał nic, tylko gorzałę i ekspres do kawy).

Czy mechanik gdzieś pod Monachium równie sprawnie wymyśliłby sposób naprawy japońskiego tłumika - przy użyciu rury z recyklingu? Czy 55-letni właściciel kafejki gdzieś w centralnej Francji (bez kuchni) wpadłby na to, jak wykarmić grupę turystów na kilkadziesiąt minut przed zamknięciem knajpy? Z drugiej strony - pewnie znaleźlibyśmy takiego "albańskiego mechanika" gdzieś na Podlasiu albo na Pomorzu.

Chyba coś w nas, ludziach naznaczonych latami zupełnie bezsensownego systemu, jeszcze jest. Rodzaj siły, pozwalającej radzić sobie w zaskakujących sytuacjach, pokonywać trudności, traktując to jednocześnie jako coś normalnego. Pewnie trochę idealizuję, ale miło było poczuć tę wspólnotę.

1 komentarz:

  1. To święta prawda. Żaden mechanik spod Monachium nie wymyśli tego, co kowal złota rączka w beskidzkiej wiosce z 60 mieszkańcami, widząc taki samochód pierwszy raz w życiu na własne oczy i mając lat niemal sto. Sprawdziłam.
    Mój tata reperuje wszystko za pomocą metody drucikowej. Ma tych drucików w różnych gatunkach całą masę i nie widziałam rzeczy, której by nimi nie zreanimował. Łącznie z lusterkiem w Skodzie, agregatem w lodówce i którąś z moich ulubionych torebek.
    Nie zdziwiłabym się, gdyby skonstruował mi drucikowy driver do Laser Jet dwa tysiące coś dla Windows 7, którego skonstruowanie HP ma w nosie.

    Niestety to odchodząca generacja. Długo się już tą improwizacją nie pocieszymy. Szkoda...

    OdpowiedzUsuń