czwartek, 21 października 2010

Albania. Bałkański kocioł

Nie, nie jesteśmy w stanie tego pojąć. Możemy po raz wtóry czytać o liniach podziału, tle konfliktu, jego eskalacji, głównych i bocznych tropach, ewolucji przyjaźni i nienawiści na przestrzeni wieków, a i tak tego nie zrozumiemy. Dla nas, ze spokojnej, bezpiecznej Północy, wzajemne antagonizmy bałkańskich narodów, grup etnicznych, klanów - są wielką zagadką i pewnie w większości przypadków budzą przerażenie.

Z jednej strony - aspirujące do UE (chcą tego tak bardzo, że na swoich tablicach rejestracyjnych przyklejają sobie flagi z unijnymi gwiazdkami) dynamicznie rozwijające się państwowości, odbudowujące się z komunistycznej ruiny, zaludnione ubranymi jak my i wyposażonymi w podobne gadżety mieszkańcami, miasta. Internet, dobre samochody, wyrastające w ekspresowym tempie nowe domostwa, autostrady, anteny satelitarne na najlichszych chatynkach.
Do tego (na pierwszy rzut oka) nie wadzące sobie nawzajem meczety, katolickie krzyże czy prawosławni zakonnicy na stacji benzynowej (to już Serbia).

Z drugiej strony - hasła na murach, rozstrzelane znaki drogowe, zapory przeciwczołgowe i wojenne umocnienia przy bazie wojskowej, informacja o dziesiątkach (może nawet setkach) tysięcy sztuk broni w albańskich domach i... serbski policjant, demonstracyjnie spluwający na wiadomość że jedziemy do Albanii. Do tego obrazki z TV - flagi palone na meczach, zamieszki, niekończące się wojny dyplomatyczne (ktoś kogoś uznaje pod naciskiem, ale bardzo niechętnie, ktoś kogoś nie uznaje).

Teraz jest tam spokojnie, ale jednak... wrze. Chyba że to tylko stereotypowy obraz. Oby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz