sobota, 5 marca 2011

Debiutujący Artyści. Bez szans w starciu z fonograficzną machiną

Będzie o artystach. Młodych artystach, muzykach z branży muzyki niepoważnej, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę. Mają talent, tworzą fajne piosenki, podobają się na koncertach, zamierzają wypłynąć na szerokie wody. A jednak - możemy im tylko współczuć, bo w starciu z branżą fonograficzną przegrywają sromotnie.


Wpadł mi w ręce wzór umowy, jaki pewna (znana) firma fonograficzna podsuwa właśnie takim młodym zespołom. Zgroza. Już nawet nie dla profesjonalnego prawnika, ale dla w miarę lotnego człowieka dysponującego zdrowym rozsądkiem - koszmar.




Jestem w komfortowej sytuacji, bo mam przed sobą plik tej umowy, wiem też, jak w tym akurat przypadku przebiegały negocjacje.

Zacznę od negocjacji:
- Wytwórnia jako jedyna chciała gadać z Zespołem (który nie miał pieniędzy, żeby materiał wydać we własnym zakresie i nie mógł obejść problemu dystrybucji),
- Zespół pomyślał, że chwycił Pana Boga za nogi,
- Zespół wcześniej wymyślił cały program (materiał w 100% autorski, zarajestrowany w ZAIKS), nagrał, zmiksował i poddał masteringowi za własne pieniędze,
- przedstawiciel Wytwórni od początku zapewniał, że "wszystko jest ok", że "wszyscy będą zadowoleni", że "słowo ważniejsze od pieniędzy", że "jakoś to załatwimy",
- Wytwórnia otrzymała płytę-matkę i projekt graficzny (okładka i książeczka) i przystąpiła do tłoczenia nakładu,
- jednocześnie Wytwórnia zwlekała z przedstawieniem umowy do podpisania,
- nakład został wytłoczony,
- Wytwórnia w końcu przedstawiła projekt umowy, rozpoczęły się negocjacje,
- jednocześnie Wytwórnia (w swoim sklepie internetowym) rozpoczęła sprzedaż płyty, zapewniając jednocześnie, że "jedynie wstawiono informację o płycie do działu NOWOŚCI",
- umowa wciąż nie jest podpisana, ale Zespół tak bardzo jest zmęczony przeciągającymi się rozmowami, a jednocześnie zniecierpliwiony ("płyta jest, ale jej nie ma"), że pewnie pójdzie na ustępstwa i podpisze nieco zmodyfikowaną, ale i tak świetną (dla Wytwórni) umowę.


A co jest w umowie? (kursywą - cytaty z poufnej umowy)

1. "WYKONAWCA przenosi na WYDAWCĘ wyłączne prawa do artystycznych wykonań i prawa producenta fonogramu do przedmiotu umowy na wszystkich znanych polach eksploatacji..."

Przenosi na zawsze, bowiem, umowa sporządzona jest na czas nieokreślony. Wydawca może zrobić z tym materiałem wszystko, udostępniając (sprzedając) piosenki w dowolnym formacie, w dowolnym miejscu i czasie.

2. "WYDAWCA może przejęte prawa przenieść na osoby trzecie lub udzielić zezwolenia na korzystanie z utworów /licencje/."

Jeżeli się mu spodoba, może sprzedać dowolnej osobie w dowolnym celu te piosenki. Autor(zy) i zespół jako taki nie będą mogli w żaden sposób zareagować.

3. "Z tytułu przeniesionych praw WYKONAWCA otrzyma od WYDAWCY zapłatę w następujący sposób:
- 500 sztuk fonogramów z przedmiotem umowy o wartości 5000 złotych
- 25% od obrotu wykonanego ze sprzedaży nagrań  z przedmiotem umowy w internecie
- W przypadku wykorzystania nagrań z przedmiotu umowy do kompilacji WYKONAWCA otrzyma 25% od przychodu od tych nagrań które są przedmiotem tej umowy procentowo od ilości nagrań wykorzystanych w kompilacji
- W przypadku udzielenia licencji WYKONAWCA otrzyma 50% od zysku z tytułu udzielonej licencji."


Warto zwrócić uwagę na fakt, że w rzeczywistości, za nakład wytłoczony na nośnikach CD i wprowadzony do sklepowego obrotu Wykonawca otrzyma towar wyceniony na 5000 zł. I to wszystko. Wytwórnia może (w razie powodzenia materiału) wytłoczyć choćby 100.000 egzemplarzy (ma wyłączne prawa - patrz pkt.1) czerpiąc ze sprzedaży wszelkie zyski, nie oddając ani grosza.
O, przepraszam. Zespół może tutaj zarobić. Podarowane przez Wydawcę 500 sztuk płyt może sprzedać podczas koncertów, np. po 15 złotych. To daje zawrotną kwotę 7500 złotych, czyli mniej niż połowę kosztów wynajęcia studia, miksu i masteringu.
 

4. "WYKONAWCA zobowiązuje się do zapłacenia WYDAWCY 5000 złotych na wsparcie marketingowe na podstawie Faktury VAT otrzymanej od Wydawcy..."

To bardzo ciekawy punkt. Oznacza, że autor(zy) nie tylko nie zarabiają na wypuszczeniu na rynek swojej płyty, ale również - finansują ją w całości. Kwota 5000 złotych niemal w całości pokrywa koszt wytłoczenia pierwszego nakładu płyty (1000 szt.), z czego 500 (patrz pkt 3) otrzymuje Wykonawca.
Realnie - Wytwórnia płaci grosze (ewentualna różnica między 5000 a realnym kosztem wytłoczenia 1000 płyt), a otrzymuje pełnię praw do piosenek - na zawsze.
Co z tą promocją (wsparciem marketingowym)? Polega na tym (rozbrajająco przyznał sam szef firmy), że Wytwórnia wysyła kilkadziesiąt płyt do różnych zaprzyjaźnionych stacji radiowych. Wyliczyć koszt takiej wysyłki nietrudno...

Nie rozczulam się nad losem młodych artystów. Umieją czytać - niech czytają i... nie podpisują. A jeżeli nie umieją czytać - niech wysupłają 150 złotych i poproszą o przeczytanie prawnikowi, po czym... nie podpisują.

A jeżeli chcą zrobić WIELKĄ KARIERĘ, niech lepiej od razu poproszą o wsparcie rodziców...

7 komentarzy:

  1. Fajny przykład. Świetnie pokazuje czym jest dzisiaj branża muzyczna. Muzycy z płyty na półce w sklepie wyceniani są niżej niż krowy, których mleko również stanowi niewielki procent ceny czekolady. Co innego jak ktoś jest sławny (nawet z samego bycia sławnym i bez talentu). Celebrites są dziś w cenie. Muzyka "trochę" mniej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle przy takich tematach przypomina mi się artykuł "Zapowiedź Świata Post-copyright", do znalezienia gdzieś w sieci. Copyright, czyli prawa do kopii zostały wynalezione i forsowane przez pośredników, wtedy jeszcze drukarzy. Nigdy przez artystów.

    U nas te prawa do kopii ktoś absurdalnie nazwał "prawami autorskimi".

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli wytwórnia rzeczywiście sprzedaje płytę bez umowy, niech wynajmą naprawdę dobrego prawnika i idą do sądu.

    OdpowiedzUsuń
  4. A Małpie udało się zabłysnąć bez żadnej wytwórni. :-k

    OdpowiedzUsuń
  5. Ot, wyjątek potwierdzający regułę :))

    OdpowiedzUsuń
  6. Coś jak połowa polskiej sceny hiphopowej, która sama wydaje własne płyty, tworzy studia itd. ;) Często też płyta najpierw jest wypuszczana do sieci jako nielegal, a dopiero później powstaje wersja fizyczna i jeśli zainteresowanie jest na tyle duże, że artysta nie jest w stanie sam tego ogarnąć to dochodzi do podpisania umowy z wytwórniami typu asfalt czy prosto.

    Widocznie taka specyfika słuchaczy, że łatwiej dotrzeć z materiałem, bo jeśli jest dobry to nawet bez specjalnej promocji szybko staje się znany w środowisku, a także branży - w sensie artystów i powiązań między nimi, która ułatwia nagranie materiału.

    OdpowiedzUsuń
  7. Oczywiście. Jeżeli coś jest dobre, to nie potrzebuje żadnych wydumanych reklam, ani złodziei nazywających siebie dystrybutorami żeby zaistnieć... Nie, nie na rynku, bo to dziś niemal obelga, ale w świadomości ludzkiej. Bardzo wielka szkoda że potrzeba istnienia molochów dystrybucyjnych tak mocno wpisała się w świadomość ludzką, że ci młodzi artyści z miejsca udają się właśnie do nich niesłusznie zakładając, że bez odpowiedniej "promocji" nie mają nawet cienia szansy na sukces, zamiast po prostu skupić się na robieniu jej sobie własnym sumptem - np. poprzez wypuszczanie darmowych demosów w sieci (wspaniały wynalazek!). Wszak chcącemu nie dzieje się krzywda. Niby można powiedzieć że to inwestowanie w ciemno, ale jeśli nie zasiejesz, to nie zbierzesz, a bez ryzyka nie ma rozwoju.
    Zdaję sobie sprawę że wypisuję banały, ale w tym dzisiejszym społeczeństwie z wypranymi i odzwyczajanymi od myślenia mózgami wielu o nich zapomniało.

    OdpowiedzUsuń