wtorek, 30 września 2014

Rozdał obrazy, bo... chciał. Sztuka marketingu - marketing w sztuce, poziom master

- Cenimy współczesną sztukę? Być może.
- Szanujemy artystów, którzy poświęcają wiele lat nauki by dojść do... zawodowej niepewności? Raczej ich nie rozumiemy, pewnie trochę współczujemy.
- Jesteśmy gotowi płacić za obraz, grafikę, rysunek, rzeźbę? Niekoniecznie. Najpierw chleb, potem ser i wędlina, telewizor, samochód, mieszkanie, wakacje w Egipcie, a dopiero gdzieś dalej - sztuka na ścianę.

 Ventzislav Piriankov i jego żona Kasia zrobili coś szalonego. Z galerii-pracowni pozbyli się za jednym zamachem 146 (!) prac. Po prostu je... rozdali. 

Szok, skandal, desperacja (tak pisałyby tabloidy)?
A może po prostu świetny zabieg dowodzący wielkiej wyobraźni i umiejętności przewidywania?

Jeżeli chodzi o marketing i PR w sztuce - manewr na medal...




To specyficzni ludzie. Ventzislav jest Bułgarem, który w pewnym momencie postanowił kontynuować swoje studia malarskie w Polsce. Tu poznał Kasię i... został. Mieszkają w Poznaniu i w dużym mieszkaniu kamienicy w centrum miasta urządzili galerię-pracownię, w której oprócz wydarzeń czysto artystycznych regularnie odbywają się kursy rysunku, spotkania młodych artystów oraz... imprezy.

Oboje żyją nieco na uboczu "poważnego" życia artystycznego. Nie widać, by poklepywali się po plecach z kolegami-malarzami czy innymi przedstawicielami hermetycznego środowiska.

Być może to misja, a być może komercyjny talent (zwłaszcza Kasia doskonale odnajduje się w roli skutecznego managera) - w każdym razie ze sztuką wychodzą do "zwykłych ludzi", otwierając ramiona i drzwi galerii, nie stawiając się ponad innymi i z wyrozumiałością, delikatnie edukując laików.
Widać u nich coś na kształt "zrozumienia roli artysty w społeczeństwie". Zrozumienia tego, że tak jak lekarz leczy, mechanik naprawia, krawiec szyje, sklepowa sprzedaje, księgowa księguje - tak malarz dzieli się z ludźmi swoją umiejętnością innego spojrzenia na świat.

Ale wróćmy do akcji.
Informacja o rozdawaniu obrazów rozniosła się po mieście lotem błyskawicy.
Już nawet nie chodziło o wyjątkową materialną okazję (niektóre prace wcześniej wycenione były całkiem wysoko). Rzecz w tym, że nie brakowało tych, którzy zawsze marzyli o tym, by mieć "coś od Ventziego" u siebie na ścianie. Teraz tłumnie ruszyli do galerii i spełnili swoje marzenia.

Oczywiście, można mówić że to psucie rynku (bo dawanie za darmo demoralizuje i zniechęca do kupowania), obniżanie wartości własnej twórczości (bo dzieło kupione za własne pieniądze jest bardziej szanowane i lepiej traktowane), że to desperacja artysty, któremu nie udało się sprzedać swoich obrazów.

A jednak w tym szaleństwie była metoda. Ponieważ:
- psuciem rynku nie jest jednorazowa akcja, spontaniczna i artystowsko szalona ("kto artyście zabroni?"),
- nie obniża wartości swoich prac ten, kto rozdaje je spragnionym ich odbiorcom (których wcześniej nie było po prostu na nie stać),
- to nie była desperacja; gdyby była - to obrazki byłyby sprzedawane np. po 100 złotych (co i tak przyniosłoby niemały dochód),

Za to:
- galeria zrobiła coś, czego nikt dotąd nie robił - rozgłos murowany,
- galeria puściła w obieg (pod strzechy) blisko 150 co najmniej dobrych prac, które trafią do ponad 100 domów (można było wziąć więcej niż jedną pracę, ale już płacąc) - każdą z nich przez następnych kilka lat obejrzy co najmniej kilkanaście osób, a anegdota o szalonej akcji rozdawania obrazów nieść się będzie w świat jeszcze długo,
- jest bardzo możliwe, że obdarowani zechcą w przyszłości rozszerzać swoje kolekcje, i kupią kolejne (spod tej samej ręki) rysunki czy obrazy,
- argument "rozdaliśmy prace, żeby mieć miejsce na następne" sygnalizuje, że artysta jest w szczycie formy i za chwilę powstaną kolejne wartościowe dzieła.

Proste, prawda? 
A jakie przyjemne...


PS. Tak. Znam Kasię i Ventziego. Już wcześniej kupowałem drobne, niedrogie prace (zawsze mi się podobały), teraz też skorzystałem z okazji.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz