czwartek, 18 września 2014

Co najmniej 770 złotych. (Zbyt) kosztowna randka z (dawnymi) idolami

Myślę, że ustalając ceny biletów na wspólne koncerty Stinga i Paula Simona, organizator liczył na dobrze ustawionych 40-latków. Wiadomo, to pokolenie cieszy się pewną swobodą finansową i może sobie pozwolić na nietani bilet na wyjątkowy koncert.

Problem w tym, że przeliczył się, przynajmniej w moim przypadku. Mam nieco ponad 40 lat, swego czasu zarówno Stinga jak i Paula Simona wręcz uwielbiałem (mam ich wszystkie solowe płyty i większość nagranych z Police lub w duecie Simon&Garfunkel). Ale nie zapłacę blisko 800 złotych za możliwość posłuchania mieszanki przebojów, wykonanych na scenie przez dwóch panów. Najwyraźniej nie jestem dobrze ustawiony wg kryteriów organizatora i nie dysponuję wystarczającą swobodą finansową :).




O koncercie w Krakowie, zaplanowanym na wiosnę przyszłego roku, wiedziałem już wcześniej. Sting i Simon koncertują wspólnie od pewnego czasu, oglądałem fragmenty koncertów wrzucone do sieci.


Sympatyczne, pomyślałem. Warto się przejść, posłuchać, ponucić. Ok - planowałem - jestem gotów wydać nawet 300 złotych, bo warto.

Tymczasem organizator owszem, sprzedaje bilety za 250 złotych, ale na bocznych trybunach, gdzieś wysoko pod dachem. A przyjemność posłuchania obu idoli przed sceną wycenił na 770 złotych (najtańsze z fajnych miejsc), 880 zł albo 1100 zł (przed samą sceną).

Pewnie i tak znajdą się prawdziwie dobrze sytuowani 40-latkowie, dla których ten wydatek będzie niezauważalny. I dobrze.
Dobrze, że jest alternatywa, w postaci co najmniej tak samo fajnego Living Colour (również idol z dawnych lat) za... 100 złotych albo niezmiennie aktywnego, wciąż nagrywającego nowe rzeczy Lenny Kravitza, za 250 złotych...






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz