piątek, 11 kwietnia 2014

Tak sobie myślę. A wolałbym powiedzieć

Sięgnąłem po refleksyjny dziennik Jerzego Stuhra - "Tak sobie myślę". Specyficzna pozycja, choć pisana w bardzo trudnym momencie (czas walki z chorobą nowotworową), to tematu cierpienia, strachu przed śmiercią nie poruszająca niemal wcale.
Przykuwa jednak uwagę co innego. Wyjątkowa szczerość i zaskakująca swoboda wygłaszania (momentami niewygodnych) opinii. W obliczu śmierci człowiek tak się właśnie otwiera, czy to tylko zrzędzenie starszego pana?



Upraszczając: "za moich czasów było inaczej, lepiej". Albo "dlaczego widzowie pamiętają mnie z Seksmisji, a nie doceniają moich kreacji teatralnych". Tudzież "cóż to za udziwniony teatr mamy teraz, jak można robić coś, o czym się nie ma pojęcia". Ewentualnie: "na tzw. eventach wchodzi się na estradę, bo przecież scena zarezerwowana jest dla WIELKICH". Stuhr bezlitośnie krytykuje wszystkich tych, którzy jego zdaniem odpowiadają za rzeczy bezwartościowe, nie stroni od cierpkich słów pod adresem ludzi kultury, polityki, życia społecznego.

Mi akurat z latami przybywa tolerancji. Również dla nietolerancji. I nawet mi jakoś nie przeszkadza to, że Jerzy Stuhr momentami po prostu zrzędzi. Starsi ludzie mają swoje prawa.

Zaciekawiło mnie jednak, jaki wpływ na bolesną czasem szczerość Aktora miał jego przełomowy moment życia. Czy to właśnie wobec możliwej śmierci (na szczęście tak się nie stało - wygrał pierwszą bitwę z chorobą) Jerzy Stuhr uznał, że dobrze będzie wyrzucić z siebie wszystko, co leży na sercu - nie zważając na potencjalne branżowe i towarzyskie konsekwencje.

To taka reguła - że człowiek staje się wolny w obliczu śmierci?
Chyba każdy pielęgnuje w sobie jakieś bolesne recenzje - wobec bliskich, wobec znajomych, wobec świata.

Trzeba czekać do momentu granicznego, żeby to z siebie wyrzucić???

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz