poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Płać kartą za zbliżenia. O pazerności klubów go-go


Polacy narzekają na degradację miejskiej estetyki gołymi tyłkami na plakatach, na parasolki i namolność naganiaczek i mocno podejrzane tło polskiego go-go biznesu. Dotąd jednak mówiono o niesympatycznych akcentach w reprezentacyjnych centrach miast, a teraz wprost mówi się o ewidentnych przypadkach oszustw i wyłudzeń.

Skarżą się klienci tych przybytków, w grę wchodzą pokaźne, utracone w wirze zabawy sumy. Policja prowadzi, prokuratura wszczyna, politycy wyrażają...

A mnie dziwi brak pewnej, hmmm, racjonalności w tym procederze. Na chłopski rozum - chyba łatwiej wielokrotnie wyciągać z kieszeni klientów spore, ale akceptowalne kwoty niż robić kilka wielkich, głośnych "skoków na kasę", które zakończyć się mogą jedynie klęską.


Do klubu go-go panowie przychodzą zwabieni przez urocze hostessy. Na miejscu otaczani są troskliwą opieką innych dziewcząt, których zadaniem jest skłonienie gości do pozostawienia możliwie jak największych sum w barze. Drinki są makabrycznie drogie, podobnie przekąski, a ceny butelki szampana sięgają wielu tysięcy złotych.



Naciągnięci w ten sposób panowie (wiadomo, wraz z ilością promili rośnie zachwyt damską urodą i maleją opory przed demonstrowaniem swojego szerokiego gestu) pewnie najczęściej kończą taką zabawę nie tylko kacem alkoholowym. Po prostu jest im głupio i najchętniej wymazaliby swoją naiwność z historii. Nie przyznają się przed żonami, rodzinami czy kolegami. 

No dobrze, ale przecież wszystko ma swoje granice. Dopóki zamożny mieszczanin albo manager na wyjeździe przepuszcza w takim przybytku kilka tysięcy złotych, to wszystko jest w porządku. Go-go biznesman zarabia, a gość - stara się zapomnieć. Zresztą może nawet z czasem złe wspomnienia blakną, zaczyna brakować troski i zaangażowania go-go personelu, klient wraca... Biznes cicho i płynnie się toczy. 

Ale przecież wiadomo, że powyżej pewnej kwoty naciągnięci klienci nie będą siedzieć cicho. Sprawa wyjdzie na jaw, różnego rodzaju instytucje zaczną uważnie się przyglądać, a klienci... omijać go-go biznes szerokim łukiem z obawy przed utratą nie tylko zarezerwowanych na szaleństwa sporych kwot, ale... całego majątku. Z punktu widzenia właścicieli klubów - prawdziwa tragedia.

Nie wiem, czy klienci klubów go-go faktycznie są odurzani i skłaniani do dokonywania nieuzasadnionych płatności kartami na gigantyczne kwoty. Nie wiem, czy wymusza się na nich podpisywanie oświadczeń o zadłużeniu. Nie wiem, czy prawdziwe są mrożące krew w żyłach opowieści dziewczyn pracujących w tym biznesie. Mogę tylko domyślać się, że nie jest to biznes kryształowy. 

Wiem natomiast, że go-go właściciel, który pozwala, żeby taka fama poszła w świat (np. pozwalając, żeby jego klienci spłukiwali się aż do tego stopnia), po prostu robi głupio. 

Jako przedsiębiorca - nie rozumiem, jako mieszczanin - cieszę się. 













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz