piątek, 18 października 2013

Anita. (Nie tylko) dla wrażliwych, 30/40-letnich kobiet

Mówię od razu: kobiecy pierwiastek mojej natury drżał coraz mocniej, wraz z kolejnymi zwiewnymi, poetyckimi wersami chyba najbardziej zwiewnej ze zwiewnych polskich wokalistek - Anity Lipnickiej. Wsłuchiwałem się w kolejne słowa, nuty, takty, wzruszenie odbierało mi głos...

Dobra, dość żartów. Powyższe to taka autoironia - rodzaj samczej samoobrony, która musiała być reakcją na spontaniczne uznanie dla nowej płyty Anity.

Bo to jest bardzo dobra płyta. Spójna, bardzo inteligentna, muzycznie wysmakowana, pięknie zaśpiewana i zagrana, starannie nagrana i zmiksowana. Śmiem twierdzić - jedna ze "najszlachetniejszych" krajowych płyt ostatnich lat.


Świadomie używam tego słowa. Ta trudna do ujęcia w ramy jakiegoś wymierzalnego standardu "szlachetność" to skarb. Bo - jednocześnie - taką szlachetność łatwo podrobić. Tyle że później ujawnienie tego pozoru (Anno-Mario - przepraszam, byłem Twoim fanem, ale przestałem) boli przecież mocniej.

Ale przecież miało być tylko pozytywnie.
No może być tylko (kiedy mówimy o tej płycie) pozytywnie.
Dopracowane teksty. Mądra muzyka. Oryginalne brzmienia (te cymbały naprawdę robią wrażenie). Staranne wykonanie - z dbałością o warsztat, a jednocześnie - o emocje.

Zupełnie nie przeszkadza to, że momentami Lipnicka manierą niebezpiecznie zbliża się do Adele czy do Lany del Rey (a może to kwestia retro-brzmienia, ostatnio bardzo modnego?). Powiem więcej - wspomniane panie (nie oszukujmy się - show-businessowe produkty) wobec szlachetności i prawdziwości Anity tracą swój blask.

To, że kobiety (zwłaszcza z przedziału 30-40) powinny posłuchać tej płyty - nie ulega wątpliwości. Jestem przekonany, że zrozumieją Artystkę i co najmniej w kilku przypadkach się z nią w 100% zgodzą.

Ale faceci też powinni tego posłuchać. Nie po to, by zadowolić kobiecy pierwiastek swojej natury.

Po to, żeby zrozumieć swoje kobiety.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz