poniedziałek, 29 października 2012

"Na głowę sypano mi tam popiół, a obiecano mi opium..." Lao Che o religii (między innymi)

Posypały się dobre płyty. Z pełną odpowiedzialnością mówię - to udany rok. Przynajmniej dla mnie. Maja Kleszcz z inteligentnym solowym albumem, młode chłopaki z Mama Selita z rockowo-funkowo-rapową energią, a teraz jesienne oldskulowe T.Love, precyzyjna w zdrapywaniu strupów na popową-depresyjną modłę Maria Peszek, a przede wszystkim - Lao Che.



Oj, jaka to dobra płyta. Albo muzycy włożyli w jej przygotowanie tytaniczną pracę, albo są genialni, albo jedno i drugie. Tych kilka piosenek naprawdę robi wrażenie. Ogromne.


Trudno tu znaleźć słaby punkt. Od rozbudowanej, niebanalnej formy łamiącej piosenkowy standard (ale jednocześnie zachowującej logikę), przez intrygującą aranżację, świetny muzyczny warsztat, po nowoczesną produkcję sprowadzającą dźwięki do wspólnego mianownika.

No i te teksty. Chylę czoła przed wyobraźnią i błyskotliwością Autora, podziwiam talent do tak skutecznego oddania emocji. Nie tylko treścią, czyli komunikatem. Również samym rytmem słów, a nawet sylab.


PS. Cytat w tytule posta to fragment pieśni "Dym". Pieśń mówi o człowieku i religii. Moim zdaniem - głównie o słabości zorganizowanej religii wobec oczekiwań (potrzeb?) współczesnego człowieka. Bardzo ciekawy punkt widzenia. Niech nie zwiodą pierwsze słowa: "Rzuciłem palenie, Kościół też, do pierwszego czasem wracam, do drugiego - nie".
Refleksja jest zdecydowanie głębsza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz