czwartek, 11 października 2012

Jerzy Urban. Znów wygrywa


To chyba jedyny dinozaur komuny, który w nowych czasach nawet nie spróbował się nawrócić. Dla niego solidaruchy pozostały solidaruchami, wrogi kler pozostał wrogim klerem. Jedynie kapitalizm nagle  zaczął być naturalnym środowiskiem. Jerzy Urban odnalazł się w nim doskonale. Tygodnik NIE zręcznie przejął całkiem sporą rzeszę nie tylko pokomunistycznych sierot, ale i zawiedzionych, którzy liczyli na "coś innego". A teraz znienawidzony medialny symbol reżimu rozpoczyna kolejną kampanię.

Wygra. Czy nam się to podoba, czy nie. Tradycyjne media się obudziły. Dziwię się, że dopiero teraz.


Dawny rzecznik PRL-owskiego rządu, wcześniej publicysta i redaktor naczelny (zawsze lekko pod prąd - w kontrolowanym stopniu oczywiście), wszedł przebojem do Sieci z serią swoich quasi-satyrycznych filmików, komentujących polityczną i społeczną rzeczywistość. Występuje w nich osobiście, zakładam również, że większość "scenariuszy" tworzy sam.

To, czy nihilizm, cynizm, chamstwo i wulgarny styl Urbana jest jego naturą, czy jest tylko pozą obliczoną na zyskanie taniej popularności - nieważne. Istotne jest to, że wraz z oszczędną, amatorską formą, odbiorca otrzymuje profesjonalną treść - czyli bardzo kontrowersyjny, ale i inteligentny, komentarz w kilkunastosekundowej scence.

Właśnie ta skondensowana forma to najsilniejsza broń autora. Konkurencyjnych vlogerów (video-blogerów), przyzwyczajonych do wielominutowych monologów pełnych zachwytu nad własną elokwencją, śmiechu z własnych dowcipów i montażowych efekcików, bije na głowę.

To tak, jakbyśmy słabo opowiadany, długi i mało śmieszny dowcip na pijanych imieninach chcieli zestawić z genialnym w swojej prostocie, trafiającym w punkt żartem rysunkowym Marka Raczkowskiego. Ziemia a niebo.

Mówią, że Urban chce w ten sposób ratować podupadający tygodnik NIE. Być może. Istotniejsze jest to, że przy okazji prawdopodobnie stanie się jednym z herosów polskiego internetu. Przez tę wyrazistość, wulgarność (przecież NIE od początku było sygnałem tego, co czeka nas w mediach), antyklerykalizm, łamanie tabu i... fizyczność (jak on potrafi autoironicznie grać swoją brzydotą!).
Przecież ten podstarzały satyr tylko dla pokolenia 40+ jest znienawidzonym symbolem komuny. Dla 12-30-latków jest po prostu śmiesznym dziadkiem, pokazującym brzuch, siadającym z opuszczonymi gaciami na klozecie we własnej drogiej rezydencji i jednym zdaniem udanie dowalającym tym, którym modnie jest dowalać. Widzowie więc oglądają (choćby z ciekawości - bo to krótkie), oceniają (zdecydowanie więcej głosów ZA niż PRZECIW) i ślą linki dalej - na przykład przez Facebooka.

A to wszystko dlatego, że nie dorobiliśmy się "porządnych" skandalistów. Afera wokół nieszczęsnej wypowiedzi Wojewódzkiego i Figurskiego o ukraińskich sprzątaczkach była żenująca. Wypowiedź była głupia (to nie ulega wątpliwości), ale przy okazji okazało się, że... nie ma odważnych. Urban jest chamem, nie tylko odważnym, ale i bogatym, więc nie musi się bać, że zabraknie mu na drożejące paliwo do Jaguara.

Mamy więc takiego skandalistę, na jakiego zasłużyliśmy i... jakiego sobie wyhodowaliśmy (bo nie daliśmy urosnąć innym skandalistom). Będzie coraz popularniejszy w swoim internetowym wydaniu, bo nie ma konkurencji, a internetowe rzesze będą mu dosypywać kolejne porcje pożywnej paszy. Im będzie popularniejszy, tym częściej będzie mu się udawało kogoś sprowokować, ktoś go pozwie, więc będzie jeszcze popularniejszy, itd.

Znów spadnie na cztery łapy. Przepraszam - raciczki.

Zobaczycie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz