poniedziałek, 6 czerwca 2011

Będze mrugało. Na wiejskiej dyskotece?

Pamiętacie rok 2007, pamiętacie sierpień 2007 roku, pamiętacie 21 sierpnia 2007 roku? Pamiętacie relacje telewizyjne, pamiętacie do znudzenia powtarzany filmik z kładącym się w szkwale jachtem w Mikołajkach? Pamiętacie zatrwożone głosy telewizyjnych spikerów, politycznych dyskutantów i specjalistów od ratownictwa?
No jasne, że pamiętacie.

Słynna burza, która spustoszyła wtedy jeziora mazurskie, naprawdę dała się we znaki, zabierając życie dwunastu osobom, raniąc dalszych kilkanaście, uszkadzając setki jachtów (również tych bezpiecznie zacumowanych w portach i przystaniach).

Strat materialnych nie dało się uniknąć - wiatr elegancko łamał maszty, zrywał stalowe liny, darł żagle.
Ale strat ludzkich - owszem, dało się uniknąć. Nadchodzącą burzę było widać co najmniej 30 minut przed uderzeniem wiatru. Więc na zdecydowanej większości mazurskich jezior każdy jacht mógł spokojnie dobić do brzegu, nawet bez silnika. Nie potrzeba superprzygotowania merytorycznego. Jak coś wielkiego i czarnego zasłania pół nieba, to zdrowy rozsądek mówi: "wiać"... Chyba że ktoś nie słucha.


Dobra, ale nie o tym miało być.
To znaczy nie do końca o tym.
To znaczy - o tym, że państwowa instytucja dbająca o bezpieczeństwo żeglugi, postawiła w kluczowych miejscach Wielkich Jezior Mazurskich specjalne maszty. Niezależnie zasilane solarnie i wiatrakowo, korzystające z nowoczesnych technik łączności zapewniających odbieranie komunikatów nadawanych przez dyżurnych meteorologów.

Wygląda to tak - specjalista analizujący obraz z satelity, z radarów meteo i wskazania stacji pomiarowych, w momencie zagrożenia (przejście frontu atmosferycznego z burzami, inne niespodziewane zjawiska) wysyła sygnał do masztów na Mazurach. Maszty zaczynają mrugać umieszczonymi na szczycie silnymi lampami. Im częstotliwość mrugania większa - tym zagrożenie poważniejsze. Żeglarze mają czas, by schronić się przy brzegu, a w skrajnych przypadkach (np. środek Śniardw) przygotować jacht na nadejście bardzo silnego wiatru...

Plusy są:
- maszty postawiono w sensownych (biorąc pod uwagę ich widoczność) miejscach,
- jest ich sporo,
- niezależne zasilanie  daje nadzieję na to, że system będzie działał,
- błyskające lampy faktycznie widać z odległości wielu kilometrów,
- jest to na pewno jedyny sensowny z wprowadzonych po 2007 roku systemów alarmowych (z błyskających lampek przy placówkach WOPR i mikroskopijnych czerwonych wyświetlaczy diodowych z prognozą pogody - można było się tylko śmiać) 
- KAŻDA inicjatywa, która pomoże uratować choć jednego niefrasobliwego ludka, jest sensowna.

Ale mam też trochę wątpliwości:
-  na początku maja, zdaje się jeszcze przed oficjalnym uruchomieniem systemu, widziałem mrugające lampy na maszcie przy wyjściu z kanałów na Tałtach. Mrugnięcia było doskonale widać, ale towarzyszyły one zawiesistemu, nieruchomemu upałowi, który co prawda mógł skutkować burzą, ale z pewnością nawet w ułamku nie tak groźną jak szkwał z 2007 r.,
- czy system nie będzie nadużywany, w myśl filozofii: "lepiej ich ostrzeżmy na wszelki wypadek, będziemy kryci"?
- czy w efekcie takiego ewentualnego nadużywania jego wartość się nie zdewaluuje?

I to najważniejsze:
- czy atrakcyjne oprzyrządowanie (elektronika, akumulatory, lampy) i wykorzystane materiały (surowce wtórne), na ustawionych raczej w dość odludnych miejscach masztach, nie okażą się zbyt atrakcyjne dla poszukiwaczy skarbów?
Naprawdę wolę nowoczesną lampę mrugającą (nawet zbyt często) na maszcie - dla żeglarzy, niż w wiejskiej dyskotece - dla spragnionych rzadkiej rozrywki młodocianych i znudzonych mieszkańców okolic...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz