poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Pliki zamiast krążków. Przejście na drugą stronę.

Jeszcze jesienią nie mogłem sobie wyobrazić jak to jest - kupować muzykę w plikach, a nie na płytach. Po ostatnich autoobietnicach kupowaniu płyt nadałem walor regularności i systematyczności. Tak było do wczoraj. Dużo się zmieniło. Spoglądam na półkę z płytami, i już z nieco innej perspektywy, zastanawiam się - tak chyba musiało się stać.

Przecież już od dłuższego czasu 95% czasu słuchania muzyki z własnych zbiorów to było słuchanie formatu mp3 - z "empetrójki" ze słuchawkami (albo przypiętej do samochodowego odtwarzacza), albo przez głośniki z subwooferem przypięte do biurowego komputera. Te pozostaje 5% pozostawało na domowy PianoCraft Yamahy - choć mały, przyzwoicie brzmiący. Słuchanie quasi-audiofilskie (240-stki AKG podłączone do wyjścia CD, bez żadnej korekcji) zajmowało pewnie jakiś promil ogólnego czasu. Domowo-rodzinne warunki i tak nie pozwalały na spokojne delektowanie się muzyką z głośników.

Ale nie dlatego zdecydowałem się założyć konto na jednym z serwisów sprzedających pliki audio przez internet. Dochodzenie do tego miało kilka etapów:
- trochę czytałem o różnych systemach dystrybucji muzyki w formie elektronicznej, porównywałem ceny;
- interesowała mnie kwestia DRM (zabezpieczenia przeciw kopiowaniu), a konkretnie kwestia blokowania możliwości kopiowania z komputera na odtwarzacz, z odtwarzacza na komórkę etc;
- ciekawiło mnie - konkretnie CO można w takim sklepie kupić;
- myślałem sobie, że fajnie byłoby mieć dostęp do takich nagrań, z którymi nie jest się jakoś specjalnie; emocjonalnie zwiazanym, a z którymi warto byłoby się zapoznać...
- bardzo zaskoczyły mnie warunki sprzedaży w jednym z dość bogato zaopatrzonych "sklepów";
- stało się, cena wygrała.

Łatwo policzyć.
*192 złote za roczny abonament
*w ramach tego abonamentu - prawo do pobrania 100 utworów z bogatego katalogu miesięcznie
*192 złotych na rok, to 16 złotych na miesiąc
*to oznacza, że jeden utwór kosztuje 16 groszy
*to oznacza, że przeciętny album (powiedzmy 13 utworów) kosztuje nieco ponad 2 złote
*dla porównania - najtańsza nowa płyta CD wydana w formule "polska cena" to co najmniej 35 złotych.
*nie mamy okładki (często to małe dziełko sztuki), nie mam informacji o nagraniach (ale te możemy przecież znaleźć w Sieci).

Co nas czeka?

- przy takich cenach realna jest skuteczna walka z piractwem (po prostu szkoda czasu na szukanie w Sieci darmowych plików), realne jest też totalne upowszechnienie tej formy dystrybucji muzyki, w takiej sytuacji sklepy z płytami CD staną się podobnie niszowe jak obecnie sklepy z winylami,

- ale może to być również przynęta, działanie obliczone na zdobycie jak największej grupy odbiorców, a później - odpowiednie podniesienie ceny. Żeby zarobić. Bo przecież "there's no business like show business".

Na razie nadrabiam zaległości i cieszę się jak dziecko (choć irytuje mnie na przykład niewielki wybór formatów/jakości nagrań). I bawi mnie błyskawiczny dostęp np. do nowości czy muzyki u nas nieznanej, choćby zza Wielkiej Wody.

Ale czy przez upchnięcie muzyki do nienamacalnego bytu jakim jest plik nie zniszczy magii?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz