piątek, 15 kwietnia 2011

Robert Plant. Pięknie wyje, ale szumi



Prestiżowy Rolling Stone (dla niezorientowanych - jeden z najbardziej znanych magazynów muzycznych na świecie) przedstawia dziesiątkę najlepszych wokalistów rockowych wszechczasów. Dziesiątka jak dziesiątka, wybór obarczony oczywiście stereotypowym gustem statystycznej większości. No ale jest.
I od razu mówię - na pierwszym miejscu znalazł się Robert Plant.




A na dalszych miejscach listy:
10. Curt Cobain
9. Chris Cornell
8. John Lennon
7. Eddie Vedder
6. Roger Daltrey
5. Jim Morrison
4. Mick Jagger
3. Bono
2. Freddie Mercury

Mniej więcej z co drugim z tych typów się zgadzam. Reszta to raczej wybór "mitu" niż szarpiącego duszę prawdziwego, szczerego wokalu.
Ale mówmy o miejscu pierwszym...

Legendę hardrockowego Roberta Planta znamy właściwie tylko z czasów Led Zeppelin. Zespołu, którego fani w wielu przypadkach doczekali się już wnuków, a przynajmniej - dorosłych dzieci. Mam wrażenie, że to właśnie Plant z tamtych czasów (podobnie jak Morrison czy Lennon) został tak znacząco wyróżniony przez Rolling Stone. Niesłusznie. Bo równie wartościowe, jak dawne szaleństwa z "cepelinami", są jego aktualne, radykalnie odmienne stylistycznie, projekty.
Fajne jest to, że niemłody (64 latka!) facet przeżywa tak udanie swoją drugą młodość, a właściwie drugą młodość bis. Pierwszą drugą młodością była świetna płyta z amerykańską gwiazdą bluegrass Alison Krauss (płyta nagradzana i wychwalana), a teraz mamy drugą młodość bis - znacznie odważniejszy album "Band of Joy".
Odważniejszy dlatego, że po takim próbnym zanurzeniu się w stylistykę americana, country, bluegrass, teraz już w 100%, z pełną determinacją podąża tym tropem, ani przez chwilę nie obniżając poziomu. Zaprosił do współpracy świetnych muzyków, jego charakterystyczny głos nadal koi dusze wszystkich fanów Led Zeppelin (jestem pewien, że wybaczyli mu nawet country), to jest naprawdę fajna płyta.

A co z tym szumieniem? Nie, nie chodzi o to, że Plant szumi w sensie balangi albo innego wariactwa. Chodzi o szum jak najbardziej słyszalny, akustyczny. Wypowiadał się jakiś mądry inżynier od nagrywania, podobno renomowany, który realizował nagrania. Twierdził, że twórcom zależało na zachowaniu analogowej prawdy, mięsistości instrumentów, nieskażonego cyfrą ducha itp. bzdury (czytałem w branżowym miesięczniku "Estrada i Studio"). I że ich zdaniem trochę szumu na pewno nie zaszkodzi, nawet dodaje nieco smaczku.........
Mi nie dodaje. Bo ja, Panie Inżynierze, nie żyję już w czasach magnetofonów kasetowych karmionych taśmami ORWO albo STILON, a od wielkiego dzwonu - MAXELL albo TDK. Lubię słuchać czystej muzyki. Bo poszumieć sobie sam potrafię.

Aha, a płyty posłuchajcie.

3 komentarze:

  1. Człowieku ty nawet nie wiesz o czym piszesz to jakiś bełkot

    OdpowiedzUsuń
  2. Bełkot, bo... ?
    możesz trochę poszerzyć myśl?
    chętnie podyskutuję

    Pozdrawiam
    JP

    OdpowiedzUsuń
  3. Bełkot, bo... ?
    możesz trochę poszerzyć myśl?
    chętnie podyskutuję

    Pozdrawiam
    JP

    OdpowiedzUsuń