sobota, 16 kwietnia 2011

Busking. U nas jakoś nie wychodzi

Wiosna. Jak nic. Alergicy kichają, psychiatrzy sugerują, by powoli odstawiać antydepresanty, ogródki na Starym Rynku zaczynają serwować niedobrą, zbyt drogą kawę (serwuje pierwsza zmiana kelnerów; do końca sezonu załoga zmieni się sześciokrotnie), panie zakładają spódniczki, a panowie taksują je wzrokiem zza stolików zastawionych piwem skutecznie podtrzymującym zimowe warstwy zbędnych tkanek.

Lubię wiosnę. Bardzo. Przede wszystkim dlatego, że nie jest ani zimą, ani tym bardziej jesienią. Jest cieplej, jaśniej, przyjemniej. W powietrzu czuć miłość i... słychać muzykę. O ile to pierwsze zazwyczaj bywa konsumowane, to z drugim jest słabo.

Nie potrafimy cieszyć się muzyką. Darowaną muzyką.

Tak, darowaną. Mam na myśli to, co dają nam w prezencie uliczni grajkowie. Dzisiaj na Rynku grał duet Ruach, bardzo sugestywnie nawiązujący do tradycyjnej muzyki żydowskiej. Nie jestem wielkim fanem brzmienia klarnetu, a wątki żydowskie bardziej przekonują mnie jako inspiracja w jazzie niż saute - w wersji zbliżonej do źródłowej. Ale zakładam, że w tak dużym mieście, kulturalnym mieście, umuzykalnionym mieście, powinno znaleźć się (wśród spacerujących po S.Rynku osób) grono zainteresowanych właśnie taką ofertą. Powinno przystanąć i dla własnej przyjemności posłuchać, bo poziom wykonania był przecież przyzwoity. Nie znalazło się, nie przystanęło. A pogoda - sprzyjała cudownie.


Dobrze, przyjmijmy że ten gatunek do mieszkańców Poznania dociera słabo. W takim razie - może wiązanka tematów biesiadno-opolsko-gierkowsko-festynowych? Na ustawionej obok Odwachu scenie, finansowany przez Starostę Poznańskiego, potwornie smutny pan grał je na akordeonie do elektronicznego podkładu. Liczba słuchaczy - zero.

Przypominam sobie inne sytuacje. Trębacz grający bardzo ładnie, solo, znane tematy klasyczne na Deptaku - zainteresowanie żadne, bodaj ukraiński gitarzysta z wielkim głosem wyśpiewujący na cały Rynek szarpiące serce ballady - to samo, wesoła bluesująca grupa młodych chłopaków - j.w., nawet doskonale przygotowani (nagłośnienie, własne zasilanie, kostiumy, choreografia) śniadzi krępi Peruwiańczycy - grający dla siebie i swoich białolicych polskich narzeczonych...

Nawet trochę się cieszę, że swego czasu nie udało się zrealizować pomysłu zorganizowania w naszym pięknym mieście festiwalu muzyków ulicznych, podobnego w swoim charakterze i atmosferze do włoskiego Ferrara Buskers (www.ferrarabuskers.com - KONIECZNIE musicie tam pojechać!!!!). Pomysł był, trwały nawet rozmowy Radia Merkury z Zamkiem, w których uczestniczyłem, Prezes Radia lobbował w Urzędzie Miasta, pojawił się nawet wstępny termin.
Nie wyszło.
Całe szczęście, bo mam wrażenie, że wstyd byłby wielki.

Nie chcemy tej muzyki? Wstydzimy się pokazać, że nam się podoba, wstydzimy się zasłuchać, poddać magii, poczuć?

----------------------
PS. Aha, też grałem na ulicy, z wielką radością i przekonaniem, bardzo to lubiłem. A Street Band, z Michałem, Gąsiem i Antkiem, był jedną z fajniejszych muzycznych przygód. 
I też nasze granie w Poznaniu nie cieszyło się wielkim zainteresowaniem. W Ferrarze (klik) było inaczej, ale może to kwestia klimatu? ;)

1 komentarz:

  1. Ludzie chyba zbyt przyzwyczaili się do płacenia niemałych czasem pieniędzy za tandetę kreowaną przez molochy dystrybucyjne na wielkie hity. Bo przecież skoro coś nie jest reklamowane jako rewelacyjne, to znaczy że nie da się tego sprzedać i jest niewarte uwagi. Przecież to samo dzieje się w branży gier wideo, filmowej czy komiksowej. Kolejny dowód na to, że długoletnie odzwyczajanie od samodzielnego myślenia i oceniania wciąż zbiera swoje żniwo.

    OdpowiedzUsuń