środa, 23 lutego 2011

Radio Merkury. Nie muszę, ale chcę*

Zdecydowałem się.
Z tą firmą jestem związany od blisko 20 lat. Najpierw jako młodociany praktykant pod okiem Grażyny Wrońskiej i Jacka Biniaka (szacun!), potem przez 16 lat na różnych stanowiskach reporterskich, wydawcy, po kierownika redakcji internetowej, wreszcie (pod odejściu "na swoje") w charakterze współpracownika koordynującego dla Radia Merkury projekt NetRadia (cyfrowe "radio na żądanie").
Mam pomysł na nowe Radio Merkury. Znam ludzi, którzy tworzą ten bardzo wartościowy zespół, wiem na co ich stać. Dałem się ponieść idei. Chcę aplikować na stanowiska prezesa zarządu spółki.

Tak, może to głupie. Niby skończyły się czasy pozytywnych wariatów, teraz liczy się chłodna kalkulacja, akademicko i profesjonalnie opracowane technologie zarządzania, precyzyjne ustawianie mechanizmu, w którym ludzie są śrubkami, trybikami, sprężynkami.
Ale nie wierzę w to.
Być może są miejsca w których to działa. Ale Radio Merkury na pewno nie jest takim miejscem. Zbyt wiele złych rzeczy się tam wydarzyło, zbyt wiele słów padło, zbyt wiele emocji znalazło swoje ujście w otwartych konfliktach, żeby przejść nad tym do porządku dziennego.
Tam nie wystarczy technokratyczne zarządzanie, albo wygodne, nie obarczone ryzykiem, "kierowanie z dnia na dzień". Tam trzeba rozmawiać, szukać porozumienia, dobrze motywować, dawać wzór, słowem - zaangażować się.
To zadanie dla wariata.

Wysłałem dzisiaj list do Koleżanek i Kolegów z Radia. Informuję i tłumaczę dlaczego startuję. Bardzo chciałbym, żeby mi uwierzyli.

--------------

*To świadoma parafraza wałęsowskiego "nie chcę, ale muszę".
Mam coraz lepiej prosperującą firmę, dającą mi godny dochód i zapewniającą dużo wolnego czasu.
Nie jestem postrzegany jako zobligowany do działania "mąż opatrznościowy" (jak niegdyś Wałęsa), więc tym bardziej nie muszę.
Ale chcę. Bo wierzę, że może się udać.