piątek, 1 sierpnia 2014

Beksińscy. Do przerażenia i do pozazdroszczenia

Po tę książkę sięgało mi się wygodnie. Bo z pozycji kolan sięga się niewygodnie, a ja stałem. 

Prace artysty (znanego głównie z obrazów) Zdzisława Beksińskiego nigdy do mnie nie przemawiały - ich neurotyczny klimat, z całym szacunkiem dla wyobraźni i doskonałej techniki autora, był trudny do zniesienia. 
Jeszcze gorzej było w przypadku radiowca Tomasza Beksińskiego. Nie dość, że promowana przez niego muzyka nigdy mi się nie podobała, to on sam był zdecydowanym liderem listy najbardziej nielubianych ludzi radia. Za manierę, irytujący egocentryzm, pozę...

Sięgnąłem więc nie po biografię dwóch POSTACI. Sięgnąłem po reportaż, który miał pomóc odpowiedzieć na pytanie - dlaczego?

Dlaczego Tomasz Beksiński popełnił samobójstwo? Czy jedynak, wyrosły w otoczeniu dzieł sztuki przedstawiających śmierć w tysiącach najokrutniejszych odmian, z góry skazany był na taki koniec?
Czy Zdzisław Beksiński - szalenie utalentowany, ale zdziwaczały artysta, swoją twórczością stworzył fatum, które najpierw zabiło ukochaną żonę, kazało synowi odebrać sobie życie, wreszcie przywołało młodego mordercę by uśmiercić samego malarza? 

Ten ciąg:
dziwactwo Zdzisława - wyrastanie Tomka w "dziwnej" rodzinie - wyalienowanie młodego, zdolnego człowieka - problemy psychiczne - próby samobójcze - śmiertelna choroba matki - samobójstwo syna - mord dokonany na artyście
wydaje się być logiczny. Łatwo określić źródło całego zła i wydać wyrok, lekko podszyty przekonaniem, że to jakieś tajemne siły, wywołane przez malarza, przyczyniły się do tak tragicznego losu całej rodziny.

Oczywiście sprawa nie jest aż tak prosta. Fenomenalny książkowy reportaż Magdaleny Grzebałkowskiej nie zanudzając biograficznymi faktami wciąga nas w opowieść o życiu dwóch bardzo różniących się, żyjących osobno a jednak bardzo sobie bliskich, wzajemnie inspirujących się ludzi. Jest to opowieść rysowana rodzinnymi detalami, oszczędnymi wspomnieniami znajomych, doskonale dobranymi cytatami z korespondencji, dzienników, fonicznego pamiętnika prowadzonego przez malarza...
Nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Albo inaczej - nie rozgrzeszając jednocześnie mówi "to był wyrok losu". I truposze z obrazów Beksińskiego-seniora raczej nie wpłynęły na to, że w Beksińskim-juniorze dojrzewała choroba psychiczna i skrajnie egocentryczna, aspołeczna postawa. Stałoby się tak również w sytuacji, gdyby tato był statecznym księgowym albo motorniczym...

W książce znalazłem coś jeszcze: obraz prawdziwie artystycznej rodziny, z Artystą - głową rodziny, podporządkowującą WIZJI całe życie swoje i bliskich, z Żoną - z przekonaniem znoszącą podporządkowanie Artyście, wspierającą go w jego podążaniu pod prąd oraz z Synem - krnąbrnym egoistą, wiecznym dzieckiem, wiecznie szukającym (często w brutalny sposób) granic, których nigdy mu nie wyznaczono. 

I jest to obraz tyleż przerażający (w oczach przeciętnego mieszczanina) co budzący podziw i zazdrość. 
Że można tak konsekwentnie trzymać się swoich przekonań, że można tak bardzo gardzić doczesnością. Że można w swoim artystycznym szaleństwie zyskać takie wsparcie najbliższych - wbrew pogardzie otoczenia...
Warto się temu przyjrzeć. I pozazdrościć...
Bezkompromisowości i wartości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz