sobota, 12 grudnia 2015

Lud się obudził. Ale który lud?

Frekwencyjny sukces demonstracji "w obronie demokracji" wywołał euforię. Ton wypowiedzi uczestników - podobny. Poczucie satysfakcji, obudzonej nadziei (że jednak da się poderwać do wspólnego działania zatomizowane i zarobione społeczeństwo), wzruszenie.
Słychać było "ostatni raz na demonstracji byłem w 1988" albo "za czasów pierwszej Solidarności"...

A jednak Jarosław Kaczyński nadal może tych wszystkich wzruszonych demonstrantów pięknie ograć. Dlaczego? Bo wie, że głosy elektoratu ważą tyle samo.
Cóż z tego, że na demonstracji były - powiedzmy - 2 tysiące osób, skoro kolejnych 200 tysięcy nawet nie wie o co w tym zamieszaniu z konstytucją chodzi?




Byliście na demonstracji w Poznaniu? Ja byłem.

Może miałem pecha, ale w zasięgu wzroku widziałem przede wszystkim ludzi z generacji 25+, przy czym najwięcej było demonstrantów po czterdziestce. Po sposobie bycia, języku, ubiorze sądząc - pracującej inteligencji, żyjących na satysfakcjonującym poziomie mieszkańców wielkiego miasta i jego przedmieść. Pewnie ciężko pracujących na swój dobrobyt i kształcenie dzieci.
Naiwnie sądzili, że żyją w państwie, w którym szanuje się reguły. Ich złamanie sprowadziło ich na Plac Wolności.

Kogo nie widziałem?
Nie widziałem młodych ludzi - licealistów, studentów (w mieście akademickim!). Nie widziałem tzw. "zwykłych Kowalskich", spotykanych na zakupach w Biedronce, dojeżdżających do pracy tramwajem, pozwalających sobie na jedne tygodniowe wakacje w Mielnie raz na pięć lat...

Prawdopodobnie ile nieobecności, tyle powodów tej nieobecności. Od niewiedzy albo wręcz głupoty, poprzez obojętność, wątpliwość co do skuteczności, aż po przekonanie o racjach drugiej strony.
Może studenci leczyli kaca po piątkowych imprezach, a może urodzeni "po komuniźmie" nie potrafią sobie wyobrazić potencjalnych konsekwencji, może są wściekli, że po ukończeniu swoich studiów "czegoś i czegoś" nie znajdują pracy i tylko Prezes Kaczyński przytulił ich do serca?

Scenariusz optymistyczny jest taki: aktualna władza, widząc skalę pospolitego ruszenia, powstrzymuje swój blitzkrieg i wraca do cywilizowanych metod walki politycznej. Wdraża swoje obiecane reformy, a naród w kolejnych wyborach mówi TAK albo NIE.

Scenariusz pesymistyczny jest taki: aktualna władza, widząc (mizerną) skalę pospolitego ruszenia (tzw. "sierot po Unii Wolności"), robi dalej swoje, skutecznie manipulując tymi, którzy z różnych powodów zostali w domu.
W tym scenariuszu jest jeszcze jeden pesymistyczny wątek - uczestnicy dzisiejszej demonstracji po raz kolejny nie będą potrafili dotrzeć z efektywnym komunikatem (istota i konsekwencje konstytucyjnych nadużyć) do tej niezorientowanej grupy.

Jak zwykle - problemem jest nieskuteczna komunikacja. Nieumiejętność zrozumienia, że "niekoniecznie wszyscy są w stanie wszystko zrozumieć".

Który ze scenariuszy jest bardziej prawdopodobny?
Zobaczymy już za chwilę.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz