niedziela, 27 września 2015

Rumunia żebracza i bezdomna. Miała być i jest

Opinia o panującej w Rumunii biedzie jest powszechna. Pojawia się gdzieś między wierszami - albo w formie współczucia  żyjącym tam w nędzy ludziom, albo w formie troski o wybierających się tam turystów (okradną was, uwieszą się na was i ożebrzą).

Wiedziałem, że nie jest aż tak źle, ale i czekałem na jakiś objaw krzyczącej biedy. I przez pierwszych kilkaset kilometrów byłem... zawiedziony. Bo owszem - wsie i miasteczka w Rumunii są zdecydowanie biedniejsze niż w Polsce, drogami jeżdżą gorsze samochody, ale ludzie (w tym romskie rodziny) wyglądają całkiem nieźle. 

Wreszcie znalazłem. W Konstancy, nad Morzem Czarnym. Na bocznej uliczce ledwie kilkadziesiąt metrów od reprezentacyjnego placu w centrum starego miasta. Bieda aż zapiszczała...
To były slumsy przyklejone do ścian podniszczonych (jak większość w Rumunii) kamienic i reprezentacyjnych willi. Sklecone z byle czego, osłonięte folią albo skomponowane ze starych namiotów turystycznych. Obok - charakterystyczne dla chyba wszystkich bezdomnych na świecie pudła pełne zbieranych po śmietnikach skarbów. Typowy widok. 



Zaskakujące było nagromadzenie tych legowisk na jednej ulicy, zastanawiający był brak ludzi (mimo obecności przedmiotów codziennego użytku). Ale na małym podwórku lokalnego klasztoru zobaczyć można było grupkę śniadych, obdartych obywateli próbujących zrobić porządek. Jakoś złożyło mi się to do kupy: braciszkowie zakonni pomagają bezdomnym prowadząc jakąś jadłodajnię. A władze miasta w tym właśnie miejscu pozwalają się osiedlać nędzarzom - żeby mieli blisko po pomoc, a może również po to, żeby skanalizować społeczny problem w jednym miejscu.

Właściwie w ten scenariusz "samorządowego projektu" wpisał mi się widok faceta wyglądającego na reprezentanta służb miejskich, pomagającego innemu facetowi budować kolejną bieda-budkę z europalet. Posługiwali się wkrętarką akumulatorową i wyglądało to całkiem sensownie. 


Zaniedbana ulica, slumsy, akcja pomocy bezdomnym (być może przygotowania do zimy - by pomóc im przetrwać ciężki okres)... Wszystko to składało się w piękną całość.

Ale ciekawość to ciekawość, chciałem znać szczegóły, nie opierać się wyłącznie na tym co zobaczyłem i czego się domyśliłem.

Długo, długo, długo, po powrocie do Polski, szukałem w Internecie informacji o projekcie społecznym prowadzonym przez samorząd Konstancy. Projekcie dla bezdomnych/wykluczonych. 

Na oficjalnych stronach internetowych miasta opisano kilka innych projektów, ale tego akurat nie. Podobnie, o inicjatywie dla bezdomnych, milczała lokalna prasa i portale internetowe...
Słowa kluczowe: bezdomni, wsparcie, noclegownia itp, nie działały.

Wreszcie dotarłem do źródła, wyszukując po nazwie ulicy. 

Okazało się, że rumuńskie slumsy na ulicy Nicolae Titulescu, to... scenografia filmu, którego akcja dzieje się w ponurej przyszłości, bliskiej nastrojowi Gotham City z filmów o Batmanie.

Poczułem się oszukany. 
Szukałem biedy, znalazłem Hollywood.

--------------

PS. W Rumunii nie widziałem nędzy. Widziałem ubogich ludzi, widziałem zaniedbane domy w miastach i miasteczkach, dziurawe drogi, biedniutkie gospodarstwa na wsi. Jak u nas, tylko trochę skromniej.
Tylko raz widziałem typowe obozowisko koczujących Romów/Cyganów. Gdzieś w górach, nad brzegiem rzeki, mieli rozstawione prowizoryczne chałupki z dykty i folii, z dymiącymi rurami piecyków (było chłodno). 


   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz