środa, 23 września 2015

Polacy na obczyźnie demograficzną szansą Polski? Dobre pytanie

Różnica jest szokująca. Śniade, rzeźbione charakterystycznymi rysami, twarze Rumunów, nagle ustępują naszym, polskim buziom. Odmienność polonijnej społeczności rumuńskiej Bukowiny jest bardzo widoczna. Nie da się nie zauważyć, oni po prostu wyglądają inaczej. Nagle zaczynamy czuć się jak w jakimś urokliwym zakątku naszego kraju.

Polski język, niespodziewanie pojawiający się na szyldach, narodowe barwy na flagach, doinwestowane Domy Polskie, ale przede wszystkim niesamowita życzliwość i uśmiech mieszkańców Bukowiny, fantastycznie kultywujących polskość tysiąc kilometrów od ojczyzny - wzruszają...

Ale widok prześlicznej małej blondynki, z wdziękiem modelki prowadzącej przez wieś krowy, uprzejmie mówiącej "dzień dobry" nieznanemu przybyszowi, skłania do refleksji. Czy ona i jej rówieśnicy mogą być szansą dla Polski? Czy faktycznie da się - dla ratowania demografii - przytulić młodych Polaków rozsianych po obcych krajach? Czy to zadziała, jak chcieliby ci, którzy w rodakach zza granicy widzą alternatywę dla imigrantów innych narodowości?


Emocje nakazywałyby powiedzieć TAK, OCZYWIŚCIE. Niektóre społeczności polonijne (ta w rumuńskiej Bukowinie - na pewno) starannie pielęgnują język, tradycje, folklor, utrzymują kontakt z krajem.

Tylko że te pokolenia już chyba nie tęsknią za Polską ich dziadków, bo... ich miejscem na ziemi jest Bukowina.

Na pewno kraj między Sudetami i Karpatami a Bałtykiem jest dla nich atrakcyjnym miejscem. W którym - na pewno - ze swoją doskonałą znajomością języka mogliby liczyć na życzliwe przyjęcie, wsparcie i pełną akceptację. Co nie zmienia faktu, że atrakcyjniejszym miejscem mogłaby okazać się Irlandia, Niemcy czy Włochy. Bo w końcu czymże polska nastolatka wychowana na Bukowinie różni się od polskiej nastolatki spod Kielc?

No dobrze. Załóżmy, że inicjujemy wielką akcję ściągania do Polski dawnych emigrantów - oczywiście z tych biedniejszych krajów (no bo nie oszukujmy się - ci z bogatszych raczej nie przyjadą)...

Załóżmy nawet, że przyjadą całe rodziny, mimo faktu, że każda z nich jakoś-tam sobie ułożyła życie "tam". Załóżmy, że ojcom i matkom załatwiamy przyzwoitą pracę, znajdujemy mieszkania, pomagamy w osiedleniu się, że dzieci przystosowujemy do polskich przedszkoli i szkół.

Czy za kilka lat, kiedy obecni uczniowie podstawówki skończą licea albo studia, coś będzie w stanie ich zatrzymać na miejscu? Emocje i patriotyczne uczucia rodziców (o ile przez te lata na polskiej ziemi nie zdążą spowszednieć)?

Raczej wątpię.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz