środa, 4 czerwca 2014

Jan Kulczyk się chwali. PR-owiec Doktora nie uprzedził

Jan Kulczyk, najbogatszy Polak, pewnie nawet nie jeździ "swoją" autostradą, która zaczyna się w Świecku przy niemieckiej granicy, a kończy w okolicach Konina. Jan Kulczyk pewnie nie wie, że przejazd osobówką 50-kilometrowego odcinka autostrady Września-Konin kosztuje 16 złotych. Jan Kulczyk pewnie nie wie, że pokonanie dwukrotnie dłuższego odcinek Konin-Stryków tym samym samochodem kosztuje 10 złotych (jest to odcinek autostrady państwowej). A już na pewno Jan Kulczyk nie zdaje sobie sprawy z tego, że państwo na "swojej" autostradzie logicznie różnicuje opłaty dla samochodów i motocykli, czego Autostrada Wielkopolska Doktora Jana nie robi.
Wreszcie na pewno Jan Kulczyk nie słyszy bluzgów kierowców, którzy zmuszeni do płacenia horrendalnych stawek za przejazd muszą jednocześnie spędzać drogie minuty w długich kolejkach do punktów poboru opłat.
Gdyby Jan Kulczyk to wiedział, z pewnością nie zgodziłby się na opublikowanie w poważnym dzienniku Rzeczpospolita reklamy, w której swoim nazwiskiem podpisuje tak wredną dla polskich kierowców rzeczywistość.


Nie czarujmy się. 16 złotych za 50 kilometrów autostrady to rozbój w biały dzień. Dla porównania - niewiele więcej płacą włoscy kierowcy za przejazd z Bolonii do Padwy. A to ponad 110 kilometrów...
Zresztą nie trzeba sięgać tak daleko. Porównanie do opłat za odcinek tej samej trasy (w kierunku Warszawy), administrowanej przez państwową Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad, jest wystarczająco miażdżące. Że o umiarkowanych cenach winiet w Czechach albo darmowych szaleństw na niemieckich autobahnach nie wspomnimy. Do tego te dobijające korki przed bramkami. Zaoszczędzony czas przepada w nich bezpowrotnie...



Na nic zdają się tłumaczenia, odwoływanie się do innych realiów ekonomicznych inwestycji państwowej i inwestycji w systemie Partnerstwa Publiczno-Prywatnego. Na nic zdają się biznesowe argumenty.
Autostrada jest dobrej publicznym. Po prostu "należy się" Polakom. Ok, niech kosztuje, ale... bez przesady.

I teraz oto dr Jan Kulczyk chwali się, że dzięki jego autostradzie Polacy są bliżej świata.
Zgadza się, do Warszawy albo Berlina możemy z Poznania dojechać szybko i bezpiecznie. Rzecz w tym, że jadąc będziemy odruchowo porównywać koszty na odcinku "kulczykowym" i "państwowym". I brzydkie słowa same będą nam się cisnąć na usta.

Panie Doktorze, po co dodatkowo psuć swój nadszarpnięty wizerunek?
Mam wrażenie, że już nie tylko Pan swoim prywatnym miliarderskim odrzutowcem, ale również Pańscy podwładni, zbyt mocno odlecieli. Od polskich realiów.


PS.
Aha, Panie Doktorze, nie możemy sobie wybrać swojej drogi. Czy nam się podoba czy nie - musimy płacić Pańskiej spółce 16 złotych za łaskę przejazdu 50-kilometrowym odcinkiem asfaltu, który kiedyś należał do nas, a teraz - należy do AW. Nie mamy specjalnego wyboru. Ergo - trudno, żebyśmy się czuli wolni.

To oczywiście pretensja nie do Pana. Pan pewnie nawet nie wiedział, że będzie taka reklama i nie wiedział, że pojawi się w niej takie napuszone i jakże odległe od poczucia wolności przeciętnego (a nie najbogatszego) Polaka, hasło.

A megalomański termin "Autostrada wolności" kompletnie do Pana nie pasuje. Zawsze ceniłem Pana za smak, wyczucie, swoistą elegancję i dyskrecję. To nie Pana słowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz