poniedziałek, 21 listopada 2011

Peter Gabriel - New Blood. Piękne. Aż mdli

No więc (nie zaczyna się zdania od "więc", więc zaczynam od "no") wysłuchałem uważnie nowej płyty Petera Gabriela bardzo uważnie. Od początku do końca, od końca do początku, o zgrozo - nucąc niektóre fragmenty, wzruszając się urodą innych.
I żal mi.

Że artysta, od którego moglibyśmy spokojnie oczekiwać czegoś nowego, wielkiego, ożywczego, a co najmniej kolejnego przemyślanego dzieła, sprzedaje nam coś, czego nie powinien sprzedawać.


Kiedy uznany Twórca sięga po swoje dawne wspaniałe kompozycje, każe komuś zaaranżować je na orkiestrę symfoniczną (albo co najmniej kameralną) i zaczyna jeździć po świecie z orkiestrą, budzi to mój niepokój i podejrzliwość.
Od razu mówię - nie spotkałem artysty rockowego, którego dzieła po zaaranżowaniu na skład instrumentów klasycznych, nie straciłyby swojego blasku. Doskonałe piosenki Stinga w wersji "symfonicznej" stają się ledwie marnymi kawałeczkami do windy, "symfoniczny" Perfect traci całą swoją naturalność itd itp.
A przecież nie kochamy tych piosenek (mam na myśli oryginały!) za wyjątkową linię melodyczną czy boski tekst. Kochamy je... no właśnie, nie wiadomo za co. Pewnie za połączenie kilku cech w jedną, unikalną jakość. Niekoniecznie byt idealny, ale hipnotyzujący.

Dlatego "Red Rain" Gabriela w wykonaniu orkiestry brzmi pompatycznie, bogato i szlachetnie, ale nie ma w sobie ani krzty magii. I taka jest właściwie cała płyta, to znaczy kilka epokowych mini-dzieł tego Artysty + kilka innych (dodanych na zasadzie uzupełnienia) elementów.
To znaczy jest fajna. Ale... dlaczego tylko fajna?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz