poniedziałek, 11 lipca 2011

Efektowny spektakl. Ale o czym?

Festiwal Teatralny Malta (teraz zwany Maltafestivalem) już za nami. Finałowe przedstawienie Hiszpanów z La Fura Dels Baus miało oszołomić masową (a nie elitarną - schowaną w wielu miejscach teatralnego "dziania się" tych kilku dni) publiczność. I oszołomiło. Mnie też, a co. Żałuję tylko, że nie wiem, o czym to było...



Od początku było wiadomo, że to będzie COŚ. Po pierwsze - z racji zasłużonej renomy hiszpańskiego teatru, który przyzwyczaił do tego, że można od niego wymagać bardzo wiele. Po drugie - wynikało to z prostej obserwacji skomplikowanych logistycznych przygotowań do tego megaspektaklu. Rusztowania z reflektorami, stroboskopami, nagłośnieniem, estrada dla chóru, wielka kula, animowana lalka wielkości kamienicy zawieszona na jeżdżącym dźwigu, inny - nieba sięgający - dźwig unoszący na wysokość kilkudziesięciu metrów zagadkowe stalowe konstrukcje. Dziesiątki ludzi krzątający się po Starym Rynku już kilka dni przed spektaklem.

Nie można było przegapić.

Się wybrałem, a co.
Miał być przemarsz - z Placu Wolności na Rynek.
Był.
Ale najpierw obok Arkadii ustawiony na schodach chór coś śpiewał, a aktorka na ciężarówce z nagłośnieniem coś deklamowała.
Stałem niedaleko, ale... nie słyszałem.
Poprawiło się, kiedy orszak (poprzedzony orkiestrą dixielandową) ruszył w kierunku Rynku. Udało mi się wmiksować w tłum bardzo blisko jadącego auta i przez kilka chwil słyszałem.
Później znów fala ludzi odepchnęła mnie na bok i znów... słowa utonęły w przypadkowych pogawędkach dobiegających ze wszystkich stron.
Efektownie podświetlony, zawieszony na dźwigu, manekin maszerował w dół ulicą Paderewskiego, za nim orszak z megafono-samochodem, za nimi pochód tysięcy ludzi, ciągnący się na jakieś 300 metrów.
Cóż z tego, skoro mniej więcej od 50 metra nie było wiadomo, o czym mówi aktorka.
Niestety, na płycie Starego Rynku, na placu przed Ratuszem, nie było lepiej. Zainstalowane nagłośnienie przegrało z gwarem dobiegającym z pełnych, staromiejskich ogródków (w których o wiele większą atrakcją był najpierw mecz siatkarzy, a później jakiś pojedynek bokserski).
Anioł niesamowicie oświetlony reflektorem fruwał po niebie, akrobaci zwieszali się z kuli na wysokości wieluwielu metrów, wielka kula toczyła się po bruku, na innej - wyświetlano piękne wizualizacje.
I tak miałem wrażenie, zagubiony w gwarze przypadkowych głośnych rozmów pijanych balangowiczów, że ucieka mi grubo ponad połowa przekazu Hiszpanów.

A może właśnie chodziło o to, żebym czuł się zagubiony?

PS. Wielka szkoda. Mam wrażenie, że cały ten, mozolnie przygotowywany, pewnie drogi, spektakl, tak się "zmarnował"...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz