czwartek, 19 września 2013

Nożem w język. Bo tato musi zapierdalać w Top Chef

Przekleństwa często są elementem dramaturgicznym. W literaturze, kinie, teatrze. Uwiarygadniają pojawiające się postaci. Bez charakterystycznych: k...wy, je...nia, spier...ania bohaterowie albo byliby kompletnie oderwani od swojego środowiska (a przez to - kompletnie nieudani), albo nie byliby w stanie pokazać swojej wielowymiarowości i człowieczeństwa (np. stateczny profesor kardiolog przeklinający okrutnie podczas trudnej operacji).

Pewnie tym samym tropem poszli producenci bardzo ciekawego programu Top Chef (Telewizja Polsat), czyli telewizyjnej rozgrywki profesjonalnych szefów kuchni, przed którymi stawiane są różnego rodzaju zadania kulinarne. Oczywiście jest to obudowane stresującym regulaminem i finalizowane (w przypadku najlepszego z kucharzy) atrakcyjną nagrodą. Kompetentne jury ocenia pretendentów bardzo surowo, a lęk przed usunięciem z programu jeszcze bardziej wzmacnia emocje.


Nic dziwnego, że szefom kuchni, w zasadzie przywykłym do codziennego pośpiechu puszczają nerwy i od czasu do czasu potrafią w stresie zakląć. Albo klną tak po prostu (szczególnie jeden z nich), jak klnie murarz. 

Co prawda producent programu niby "wypikowuje" wszystkie bluzgi, ale przecież my/telewidzowie doskonale je "słyszymy". Wiemy jakie słowo padło, jego maskowanie jest więc zabiegiem wyłącznie symbolicznym i ratującym stację telewizyjną przed represjami Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Program jest montowany. Nie byłoby najmniejszego problemu z wybraniem fragmentów bez przekleństw. Możemy tylko domyślać się, że ich pozostawienie to świadomy zabieg. Być może nawet opisany w zaleceniach kupionego przez Telewizję Polsat formatu. 

Ortodoksi powiedzą pewnie, że to oswajanie widzów z wulgaryzmami, to wprowadzanie ich do publicznego, oficjalnego języka, akceptacja i przymrużenie oka. Spójrzmy jednak na to przez pryzmat adekwatności środków do idei.

Rzecz w tym, że producent cyklu przedobrzył. Zrobienie z bluzgów jednego z istotniejszych "znaków firmowych" Top Chef to już dyskusyjne posunięcie. Ale włożenie brzydkich słów w sielską opowieść o relacjach rodzinnych jednego z kucharzy - to po prostu zgrzyt. Psujący cały efekt.

Przykład.
Mamy wtrąconą do telewizyjnego show opowieść o młodym kucharzu z Bukowiny Tatrzańskiej. Nieco dłuższe, w artystycznym nieładzie włosy. Modne okulary. Inteligentny wyraz twarzy. Budząca respekt praca w renomowanej restauracji hotelowej z licznym personelem. Opinie podwładnych, chwalące kompetencje, opanowanie, odpowiedzialność. Sielska scenka rodzajowa: kucharz bawi się z córeczką, obok szczęśliwa żona (również nie szczędzi mężowi słów uznania). Słowem - sukces rodzinny i zawodowy, pełne szczęście.

I scenkę tę kucharz kwituje wypowiedzią  (cytuję z pamięci): "to nie jest tak, że coś nam spada z nieba; wszystko można osiągnąć, ale trzeba po prostu zapierdalać".

Nie da się ukryć, bo to prawda stara jak świat. Ale czar inteligentnego, oryginalnego, rodzinnego bohatera pryska tak czy inaczej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz