piątek, 5 lipca 2013

Manna z nieba, czyli dofinansowanie unijne. Oni jeszcze mają nadzieję

O spadających z nieba unijnych pieniądzach słyszeli wszyscy. Jeżeli nie jako beneficjenci genialnie nadających się do przejedzenia (do)finansowań, jeżeli nie jako odbiorcy licznych niepotrzebnych usług uruchamianych za unijne pieniądze, to przynajmniej jako tzw. "przeciętni Kowalscy" bombardowani propagandą każącą się cieszyć, że COŚTAM powstało za pieniądze z Unii Europejskiej.

Wszedłem w temat nieco głębiej. Nie ukrywam  - licząc na to, że jedno z biznesowych przedsięwzięć skorzysta własnie z takiego wsparcia. Nie skorzysta. Ale nie o tym miało być...



To była właściwie konfrontacja tych, którzy unijnych pieniędzy potrzebują do realizacji swoich marzeń z tymi, którzy tymi pieniędzmi zarządzają i (jak sądzę) starają się ich bronić.

Z jednej strony emocje spotęgowane stereotypem "dają pieniądze za nic", a z drugiej - brutalne (momentami nawet nieco aroganckie) "sprawdzam" - z ust tych, którzy sami nie musząc zmagać się z trudną rzeczywistością konkurencyjności, czerpią stałe i pewne profity z UE, oceniając marzenia innych.

Nie, nie kwestionuję ich kompetencji. Prelegentami były osoby bezpośrednio zaangażowane w ocenianie wniosków i późniejsze kontrolowanie ich realizacji. Do sprawy podchodzili profesjonalnie i zdrowokrytycznie, słusznie stawiając bariery na drodze szukających łatwych "pieniędzy za nic".
(no dobrze, powiem - trochę raziły mnie w ustach Pani Kierownik odpowiedzialnej za cały sztab ludzi rozliczających projekty e-usług sformułowania typu "potrzebujecie państwo KASY na coś", "projekt jest ZAJEBISTY", "ta usługa kosztowała DWADZIEŚCIA KOŁA", ale kładę to na karb młodego wieku większości słuchaczy - pewnie chciała mówić ich językiem).

Bardzo ciekawe było to zestawienie - młodzieńczych marzeń z twardymi oczekiwaniami instytucji finansującej. Z jednej strony - przekonanie, że "mój projekt jest świetny", a z drugiej "pokaż, że ten projekt od razu będzie dużo zarabiał".
To bardzo zdrowe. Wreszcie. Po kolejnych edycjach konkursów, w których te wymagania były tak niskie, że aż śmieszne. A nie wzięcie dofinansowania "na byle co", wyłącznie w celu zjedzenia unijnych pieniędzy, było ewidentną głupotą.

Zrobiło się więc normalnie, zdrowo.
Tym bardziej cieszyli młodzi ludzie, których nie wystraszyły surowe wymagania, bardzo rygorystyczne warunki refundacji wydatków, kryteria oceny, ograniczona elastyczność formuły finansowania i trudność przewidzenia nieprzewidywalnej skali potencjalnego sukcesu. Ich to nie wystraszyło.
Szacunek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz