wtorek, 23 kwietnia 2013

Święty Marcin. Nie eventem go, a elementarnym kapitalizmem.

Agonię ulicy Święty Marcin widzą wszyscy. Oblepione ogłoszeniami "do wynajęcia" witryny pustych sklepów, opaprane sprajami bramy, śmieci, gruba warstwa piacho-pyłu, unosząca się przy każdym podmuchu wiatru. Kolorystyczna pstrokacizna niegustownych reklam sklepów z używaną odzieżą i przybrudzone barwy logotypów banków, a nawet świeżo posadzone bratki, nie są w stanie odwrócić uwagi od wszechobecnej szarości. I nie jest to szlachetna szarość solidnej murowanej miejskiej tkanki, tylko depresyjna szarość umierającego miasta.

Ulicę Święty Marcin ma uratować oddolna inicjatywa grupy miejskich idealistów, przy delikatnym wsparciu animatorów kultury z Centrum Kultury Zamek. 

To nie ma prawa się udać. 
Ale można inaczej. 
Poczekaj cierpliwie do końca tekstu - będzie recepta.

Nie, nie dlatego, że pomysłodawcy ożywienia ulicy nie mają racji. Bo rację mają. Nie wątpię też w jakość ich pomysłów i zaangażowanie. Energia włożona w organizację cyklu pojedynczych imprez pójdzie w powietrze, jeżeli za drobnymi inicjatywami nie pójdą poważniejsze (i odważniejsze) decyzje. Które już wykraczają poza kompetencje szefostwa Zamku.

Pomyślmy - cóż z tego, że od czasu do czasu, na zamkniętym dla ruchu Świętym Marcinie pojawią się rolkarze, żonglerzy, facet z watą cukrową albo leżakowicze - skoro kilkanaście godzin później ulica znów będzie miejskim slumsem? 

Marcina zabija przede wszystkim brak zwykłego, codziennego ruchu, brak miejsc ogniskujących zainteresowanie mieszkańców i gości. Wszyscy to wiedzą i... na tym się kończy.

Co na pewno stabilnie nie przyciągnie?
- pojedyncze imprezy,
- samo urządzenie restauracji, kawiarni i ogródków (bo prócz gastronomii musi być jeszcze COŚ - np. ładny obrazek kamieniczek albo ratusza, a tego na Świętym Marcinie jak na lekarstwo).
- namawianie mieszkańców "chodźcie, będziemy ożywiać".

Co na pewno przyciągnie?
- liczne miejsca pracy (wraz z nimi powstają drobne lokale w których można coś zjeść albo sklepy - bardziej lub mniej ekskluzywne, a przede wszystkim wyłamujące się z sieciowego banału),
- mieszkania,
- młodzi ludzie, którzy zawsze i wszędzie potrafią wywołać twórczy ferment.

Dobra, czas na konkrety:
- puste lokale sklepowe i usługowe - prawie za darmo w ręce drobnego biznesu, z ofertą wyłącznie dla nowych, lokalnych firm;
- wydzierżawienie przez miasto (na wiele lat) budynku Wydziału Historycznego UAM, stworzenie tam czegoś na kształt "małej Doliny Krzemowej" -niskokosztowej wylęgarni dla maleńkich młodych firemek sprzedających innowacyjność i nowe genialne pomysły; 
- wydzierżawienie przez miasto (na wiele lat) jednego z wieżowców Alfy, w celu j.w.;
- całkowite zamknięcie ruchu samochodowego na Świętym Marcinie, na odcinku od Kościuszki do Alei Marcinkowskiego i ograniczenie ruchu na Ratajczaka;
- spowolnienie ruchu tramwajowego (w tej chwili tramwaje pędza tamtędy, że hoho);
- usunięcie jezdni na odcinku Kościuszki-Ratajczaka, zamiast tego porządny (żaden pozbruk!!!) deptak z dużą ilością drzew;
- usunięcie bruku na odcinku poniżej Ratajczaka, zamiast tego deptak.

Dodajcie jeszcze kilka(dziesiąt) dobrych, konkretnych pomysłów i wspólnie przekonamy (czytaj - zmusimy) do tego radnych i urzędników miejskich wszystkich szczebli. Idzie czas wyborów. To dobry moment, żeby skłonić polityków ukrytych pod maskującą etykietką "samorządowców", do ruszenia tyłków z miejsca.

Może zrozumieją, że słowo "samorząd" nie oznacza, że oni rządzą sami dla siebie. Oznacza raczej, że to my wszyscy rządzimy swoimi wspólnymi sprawami, a oni są tylko narzędziem w naszych rękach i pełnią rolę służebną. A nie odwrotnie. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz