sobota, 11 lutego 2017

Odbetonowywać czy niech się samorządzą? Rzecz o łamaniu wiecznych rządów w gminach.

Pogoń za niezbędnymi (?) zmianami w państwie jest tak wielka, że jakoś co 2-3 dni pojawiają się pomysły (a w niektórych przypadkach - projekty) dość radykalnych zmian różnych instytucji, organów, systemów itp. W tym stachanowskim pędzie PiS bije wszelkie reformatorskie rekordy (a przy okazji udowadnia, że "co nagle to po diable" - bo okazuje się, że projekty mają sporo luk, są niespójne, a pomysłodawcy nawet nie zdają sobie sprawy z prawnych pułapek).

Ocena  tej aktywności jest różna - zwolennicy mówią, że to konieczne kroki w procesie uzdrawiania państwa, opozycja - że to zmiany dla samej zmiany, dla prostej negacji znienawidzonych poprzedników. A co z samorządami? Ze zapowiadanym zniesieniem prawa do nieskończonego zasiadania we władzach gminy (z ograniczeniem do dwóch kadencji)?

Tak jak w każdym przypadku - zwolennicy PiS ideologicznie (albo koniunkturalnie) popierają pomysł Jarosława Kaczyńskiego. Przeciwnicy koncepcji - wskazują na niekonstytucyjność (ograniczenie biernego prawa wyborczego) i mówią o skoku PiS na samorządy.

Ok, ale to są polityczne przepychanki w "wielkiej polityce". A jak to wygląda na dole, w gminach wiejskich i miejskich, w miastach powiatowych. 

Właśnie przeczytałem w "Dzienniku Gazecie Prawnej" tekst broniący idei odbetonowywania samorządów. Autor wykazuje, że w wielu miejscach w Polsce utrwalił się lokalny ekosystem władzy, urzędników, pracowników instytucji podległych samorządowi, przedsiębiorców. Zawdzięczający swoją stabilność subtelnej grze stanowiskami, miejscami pracy, kontraktami, zawdzięczający trwanie przede wszystkim - prywatnym znajomościom, przyjaźniom, związkom rodzinnym, utrzymujący się też za sprawą przyzwyczajenia wyborców (lepsze jest znane zło). 
Co najgorsze - ten ekosystem w swojej trwałości jest beznadziejnie pasywny, nie dający szans na rozwój gminy. 

Na pewno takich miejsc nie brakuje. 

Ale są też przecież takie miejsca (o tym już autor nie wspomina), gdzie dzięki dobremu gospodarzowi to lokalne gospodarstwo ma się coraz lepiej. Infrastruktura jest coraz lepsza, poziom szkół - polepsza się, inwestycje są krojone według potrzeb i możliwości, a władza potrafi gadać z ludźmi. Ludzie żyją sobie spokojnie swoim życiem i nie mają specjalnych powodów do narzekań. 

I  teraz wyobraźmy sobie, że dobry gospodarz (szanowany za dobrą robotę) musi odejść "bo tak". Być może ten fotel obejmie równie skuteczny samorządowiec. A może nie? A może tych dobrych warto strzec jak oka w głowie.

Czasami takie odbetonowanie wieloletniego ekosystemu jest i potrzebne. Ale, jak pokazuje, w pewnym momencie "da się" to zrobić oddolnie, głosami wyborców. Choćby w Poznaniu. Mieszkańcy podziękowali pozornie nieusuwalnemu Ryszardowi Grobelnemu, dając szansę nieznanemu Jackowi Jaśkowiakowi. Ten niespecjalnie radzi sobie na tym stanowisku, ale - to najważniejsze - monopol został przełamany. Droga dla dobrych kontrkandydatów (już) otwarta.

Boję się takiego administracyjnego odbetonowywania. Bo dziecko z kąpielą łatwo wylać. Zwłaszcza kiedy kąpiel wylewa ktoś tak nie czujący dobrej samorządności jak Jarosław Kaczyński...


P.S. 
A dlaczego zdjęcie stacji kolejowej w Obornikach Wielkopolskich?
Dlatego, że dzięki związkom rodzinnym mam okazję od czterech dekad obserwować to miasto i gminę. Z komfortowej pozycji niemieszkańca.
Od czasu transformacji ustrojowej było tam troje burmistrzów (facet, facet, kobieta). Obecny jest czwartym. Z moich obserwacji wynika, że dopiero teraz miasto odżywa. Że wyzwala się z marazmu, że rozwija się i wzmacnia, zachowując równowagę między sprawami ważnymi dla zwykłych ludzi, dla przedsiębiorców, dla młodych i starych, dla pracujących na miejscu i dla dojeżdżających do pracy do Poznania. Lokalna władza sensownie walczy o interesy mieszkańców. 
Z tego co mówią Oborniczanie wynika, że w sumie dobrze by było, gdyby ten burmistrz miał szansę jeszcze trochę ponaprawiać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz