środa, 26 sierpnia 2015

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Pesymistyczne rozpamiętywanie zamiast przełamywania

To jest niesamowite muzeum. Wszystko dopracowane do perfekcji. Był budżet, więc można było zaprojektować i wybudować oszałamiający budynek, można było zatrudnić genialnych twórców ekspozycji, designerów, można było kupić najlepsze wyposażenie i wydać tony świetnych materiałów informacyjnych i edukacyjnych.

A jednak - zawód. Bo oprócz tego, że nie byłem w stanie odpowiedzieć sobie podczas zwiedzania na szereg nurtujących mnie od dawna pytań, zorientowałem się, że to nie jest opowieść o współistnieniu, wzajemnych relacjach, dobrym fermencie i złych doświadczeniach powstających na styku dwóch narodów i dwóch kultur.

Muzeum Historii Żydów Polskich jest pesymistyczną opowieścią o tragicznych losach narodu na obcej ziemi, skazanym na wieczne prześladowania i alienację.



Imponujący budynek jest pełen treści. Sumiennie zebranych, opracowanych, poukładanych, ubranych w atrakcyjną formę, poruszających emocje.

Niektóre zabiegi aranżacyjne są wręcz oszałamiające - choćby wymuszenie na zwiedzających wejścia  i zejścia po kilkudziesięciu schodach, co jest nawiązaniem do kładki nad ulicą Chłodną (czasy okupacji hitlerowskiej) - jednego z nielicznych przejść z jednej do drugiej części żydowskiego getta nad "aryjską" ulicą. Odruchowo chcemy (będąc na górze) spojrzeć w dół, na jakieś elementy ekspozycji, i nagle mrozi nas poganiający rozkaz. Bo Żydom nie wolno było zatrzymywać się na kładce i nie wolno było oglądać zwykłego świata.

Pomieszczenie z relacjami poświęconymi ukrywaniu się zaprojektowano z kolei tak, by wymusić na zwiedzających czytanie w bardzo niewygodnej, przygarbionej, nienaturalnej pozycji. Czujemy się tak jak zaszczuci Żydzi w niskich, ciemnych pomieszczeniach, całymi miesiącami nie widzący nieba...

W "roku 1968" posłuchać możemy relacji - przez stare ebonitowe słuchawki. To tak jak telefoniczna rozmowa ze znajomym, którego zmuszono do opuszczenia kraju. A może - jak w więziennej rozmównicy.

Oczywiście, najwięcej emocji pojawia się w części ekspozycji poświęconej czasom najnowszym - od czasów antysemityzmu początku XX wieku, poprzez niewyobrażalny koszmar Holocaustu, a skończywszy na roku 1968.

No właśnie.
W czasie zwiedzania narastają w nas emocje. Albo empatyczne przerażenie, żal i współczucie. Albo irytacja (jakby samoobrona przed potencjalnym posądzeniem o... niewystarczające współczucie, że o antysemityźmie nie wspomnę).

W całej tej opowieści pozytywna jest właściwie tylko część poświęcona prawom, jakie osadnikom żydowskim nadawali dawni polscy władcy. Potem jest coraz gorzej. Narracja nie jest podporządkowana szukaniu elementów łączących narody. Raczej - udowadnianiu, że te narody nie były w stanie się zintegrować.

Na pewno POLIN nie inspiruje do pozytywnego myślenia i do budowania przysłowiowych mostów (do czego ma nawiązywać kładka w poprzek głównego hallu). Na pewno POLIN nie może być narzędziem edukacji, łamiącym idiotyczne uprzedzenia i stereotypy. Na pewno w sposób niewystarczający wchodzi w dyskusję o wzajemnych relacjach i raczej nie pomaga w zrozumieniu... powodów wzajemnego niezrozumienia.

Nie wiem, czy ktoś przygotowując wystawę zważył - ile dobrego dała aktywność Żydów-Polaków w sferze nauki, sztuki, życia społecznego, a ile zła wyrosło z powodu różnic między Polakami a Żydami.

Może właśnie z takiego rachunku wyszło, że uczciwiej będzie mówić głównie o prześladowaniach, a tylko trochę - o dobrych momentach historii?











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz