niedziela, 17 marca 2013

Feministyczny banał. Pierwsza klasa!

Pierwsze przesłuchanie: Jezuuuu, kolejna dziewczyna, która wyśpiewuje coś o wrednych facetach. Drugie (i kolejne) przesłuchanie(a): znakomita muzyka, świetne teksty. Tak odebrałem nową płytę Marii (już nie Marysi) Sadowskiej "Dzień kobiet".

Przyznaję, mam problem z feministkami. Problem polega na tym, że o ile w większości zgadzam się z ich poglądami (tymi, które mówią o równości płci w różnych aspektach), to uważam, że sposób formułowania idei w ich przypadku działa przeciw tym, którym te idee są najbardziej potrzebne. Szanowne feministki - Wasza agresja przekonanych nie musi przekonywać, a nieprzekonanych - nastawia defensywnie.
Dobra, ale nie o tym miało być.



Maria Sadowska, artystka szalenie wszechstronna (zajmuje się komponowaniem, pisaniem tekstów, śpiewanie, reżyserią), nagrała świetną płytę. Bardzo spójną, doskonale zaaranżowaną, właściwie perfekcyjnie zaśpiewaną.
Zaśpiewała świetne teksty. W sensie - świetne warsztatowo. Trudno ocenić, na ile istotny był w ich tworzeniu udział Katarzyny Bratkowskiej (znanej publicystki feministycznej), w każdym razie nie waham się powiedzieć - dzieło skończone. Feministyczny komunikat (sorry, powiem wprost - do bólu przewidywalny i oczywisty) ubrany jest w świetnie brzmiące z muzyką, doskonałe rytmicznie, wyraźnie podane - sylaby. Szanowne Panie - szacunek...

Czuję dysonans. Bo Maria Sadowska wyśpiewuje mi, że - jako kobieta - powinna być RÓWNIEŻ szanowana, akceptowana i równo traktowana. Tymczasem ja słyszę, że powinna być zdecydowanie wyróżniona, wyniesiona ponad dziesiątki innych artystów różnych płci.

Dlatego, że zrobiła świetną rzecz. A nie dlatego że jest kobietą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz