niedziela, 12 lutego 2012

Umierać czy umrzeć. Co lepsze?

Whitney Houston powiększyła grono Artystów, którzy zbyt szybko pożegnali się z ziemskim żywotem. Wokalistce, która od wielu lat zmagała się z poważnym uzależnieniem od używek, trudnymi relacjami z najbliższymi, nie mogącej pogodzić się bolesnym spadkiem z muzycznego Olimpu, cały świat od dłuższego czasu przyglądał się z politowaniem/zażenowaniem/współczuciem/satysfakcją/niezdrową ciekawością.

Jak to świat.

Świat nie zobaczy już:
- WH zataczającej się na scenie, nie potrafiącej przypomnieć sobie słów piosenki podczas comeback'owej trasy  koncertowej,
- WH pijanej na jakiejś pomniejszej imprezie szołbiznesowej,
- WH w amerykańskiej wersji telewizji zakupowej mango,
- zdjęć WH wychodzącej z kliniki, w której nie udał się kolejny odwyk,
- WH pobitej przez kolejnego, jeszcze gorszego, partnera,
- WH pożyczającej 100 USD od znajomej (bo zabrakło na chleb),
- WH próbującej śpiewać zetlałe przeboje w trzeciorzędnym burdelu w Vegas.

Świat nie zobaczy już jak Whitney Houston umiera.
Bo umarła.

Co lepsze?

1 komentarz:

  1. 160 milionów sprzedanych płyt. Niezaprzeczalnie wielki talent.
    Szkoda.
    "Spalam się"?
    Myślę też, że na świecie były miliony fanów takich, jak ja, którzy nie śledzili jej życia w tabloidach i dla których, jak dla mnie, te wieści są szokiem.

    OdpowiedzUsuń