wtorek, 20 września 2011

Spotkanie po latach. J. żyje i ma się dobrze.

Niby zwykłe spotkanie, całkowicie przypadkiem, jak najbardziej w przelocie, przed małym sklepem. Wychodził z niego J. - jeden z moich autorytetów (nie boję się tego słowa, nie boję) zawodowych. Człowiek, z którym los obszedł się mało życzliwie. Rozmawiałem z nim, żyje. To dobrze.
J. kojarzy wielu. Swego czasu - znacząca, rozpoznawalna w mieście postać. Piekielnie inteligentny, systematyczny, precyzyjny, a przy tym obdarzony odwagą w głoszeniu swoich poglądów, poczuciem humoru, talentem do genialnej puenty, z ironicznym spojrzeniem na rzeczywistość. Zawodowo - świetny. Miałem zaszczyt (znów nie boję się tego słowa) pracować z nim wiele lat. Zawsze go podziwiałem, kiedy zniknął z pola widzenia - wielokrotnie zgadzałem się z pracowym koleżeństwem - jak bardzo go brakuje. Jak uzdrawiającą siłę dawał Firmie.

Zniknął z pola widzenia, bo po latach odezwał się znów alkoholowy demon. Potwierdziło się - obdarzeni wieloma talentami artyści często padają ofiarą nałogu. Jemu nie udało się utrzymać remisu. Ten mecz przegrał.

Słyszałem wielokrotnie, raz widziałem z okien samochodu - było z nim naprawdę bardzo źle... Czy można sobie wyobrazić lepszą przestrogę przed poszukiwaniem zbyt łatwego pocieszenia w codziennych stresach w szklaneczce(ach) whisky czy butelkach wina?

Schudł, zarost wygląda zdecydowanie gorzej niż kiedyś, odzież - również nie zachwyca swoim stanem. Ale J. żyje. Porozmawialiśmy chwilę. Tak normalnie, choć przecież widzieliśmy się w pracy ostatnio pewnie z dekadę temu...

Chcę wierzyć, że J. znów na chwilę wygra...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz