Cory Henry - amerykański organista, pianista i klawiszowiec, od kilku lat zachwyca jazzfanów na całym świecie. Przede wszystkim - jako członek kultowego już bandu Snarky Puppy, specjalizującego się w perfekcyjnie wykonywanej muzyce fusion. Ale również - jako solista bądź lider własnych zespołów.
W Warszawie wystąpił pod flagą Cory Henry & Funk Apostles. To był piękny koncert. W fatalnym miejscu...
Cory Henry to ewenement. Artysta, wychowany na muzyce gospel (takiej prawdziwej, granej podczas nabożeństw w kościołach), obcujący z organami Hammonda od maleńkości (koncertował już jako 4-latek!). Ale, co najpiękniejsze - nie odcinający już kuponów od dawnych sukcesów "cudownego dziecka", tylko czerpiący z szacunkiem z wchłoniętej tradycji muzycznej i przetwarzający ją we współczesną, witalną, pozytywną i perfekcyjnie zaprezentowaną - SZTUKĘ.
Cory Henry to facet, dla którego klawiatura instrumentu nie jest już pośrednikiem. On na nią nie zwraca uwagi. Nie czuje ograniczeń technicznych, nie musi myśleć o klawiszach, akordach, skalach, palcami trafia dokładnie tam, gdzie dyktuje podświadomość. Tak jakby muzyka, rodząca się w mózgu stawała się od razu falą dźwiękową, trafiającą wprost do słuchaczy.
Obserwowanie go podczas pracy na żywo to coś fascynującego. On jest muzyką. A muzyka jest nim.
Znałem już Cory'ego z internetowych video. Na koncercie dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem. Wirtuozerię. Ale nie taką "masturbacyjną" (gdzie muzyk sam zachwyca się swoimi umiejętnościami), tylko taką twórczą - czyli perfekcyjne opanowanie całego zestawu środków, którymi Twórca dociera do odbiorców. Od doboru kawałków i dramaturgii 2-godzinnego show, poprzez znakomite aranżacje, świetne proporcje między energetyczną zabawą a popisami solowymi, po ruch sceniczny. Energią, którą ten chłopak wyzwala podczas koncertu, można by obdzielić kilku-kilkunastu-kilkudziesięciu innych frontmanów. Robi to genialnie, oczywiście ani na sekundę nie zaniedbując muzyki: grając partie organowe lub syntezatorowe, śpiewając, grając na przeszkadzajkach czy czuwając nad formą utworów.
Zgodnie z nazwą bandu - to był kawałek topowej muzyki funk. Kosmicznie energetycznej, porywającej rytmicznie, zachwycającej intonacyjnie i stylowo, świetnie brzmiącej, inspirującej. Czarno-biali Apostołowie (ciemnoskórzy lider, dwie wokalistki w chórkach, basista i bębniarz, biali - gitarzysta i drugi klawiszowiec) zagrali tak, że... nie dało się znaleźć tam ani żadnych braków, ani żadnego nadmiaru. W punkt...
------------------
A teraz o "koszmarnej norze".
Ten, kto wymyślił, że koncert Cory Henry & Funk Apostles ma się odbyć w warszawskim klubie Miłość, przy ulicy Kredytowej, delikatnie mówiąc - popełnił błąd.
Nie znam klubowej Warszawy. Być może jest to jakieś kultowe miejsce, być może do tych odrapanych sal z wyprutymi instalacjami elektrycznymi, niezdarnie wyłożonych płytami z gipskartonu, pielgrzymują miejscowi bywalcy....
Ale oczekiwanie, że kilkusetosobowej publiczności (która kupiła bilety po 80-100 PLN), wśród której oczywiście dominowali ludzie młodzi, ale nie brakło też starszych fanów, wystarczy gorąca, duszna, z fatalną widocznością, sala - jest jednak dowodem braku szacunku do tej publiczności.
Z kolei wiara w to, że strop starej kamienicy wytrzyma rytmiczne, funkowe skoki setek ludzi, albo to, że jedne drzwi i jedna klatka schodowa to wystarczająca droga ewakuacyjna - to już tupolewizm w czystej postaci. Powiem szczerze - po drugim utworze zwiałem z niezłego miejsca blisko sceny, bo czując falujący strop pod nogami, po prostu bałem się...
Bogu dziękować za koncert Cory Henry & Funk Apostles. Bogu dziękować, że nic się nie stało.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz