Miałem niewątpliwą przyjemność prowadzić szkolenie dla pracowników jednego z dużych banków. Kilkudziesięcioosobowa, fajna grupa, podzielona na małe zespoły, doskonaliła między innymi umiejętność prezentowania i lansowania swojego punktu widzenia w rozmowie, dyskusji, podczas wystąpień publicznych. Ćwiczebne nagranie debaty w studio radiowym pokazywało - co w głosowym i logicznym warsztacie warto poprawić, ale i ujawniało prawdziwe, samorodne (publicystyczne) talenty.
Rzecz w tym, że NIKT nie chciał dyskutować o polityce. A skoro statystycznie reprezentatywna grupa pracowników umysłowych (czyli raczej dobrze wykształconych) nie chce nawet dotykać polityki, to kto przy niej majstruje???
Grupa była reprezentatywna. Kobiety i mężczyźni, w różnym wieku, z różnym stażem zawodowym, pracujący na różnych stanowiskach - i szeregowych i bardziej eksponowanych. Z Warszawy i innych dużych miast, ale i z mniejszych miejscowości.
Ich sprzeciw ("dyskutujmy o wszystkim, byle nie o polityce!") był tak wyraźny i tak zdecydowany, że aż zaskakujący. Inteligentni, sympatyczni, otwarci ludzie (na pewno o różnych poglądach) nie chcieli ujawniać swoich poglądów, bali się konfrontacji z poglądami współpracowników, byli przekonani, że dyskusja na tematy polityczne musiałaby skończyć się poważną kłótnią z długotrwałym efektem...
Wieczorem próbowałem sobie odpowiedzieć na pytania: dlaczego nie chcemy rozmawiać o polityce, dlaczego boimy się konsekwencji takich rozmów, dlaczego wiemy, że mogą popsuć one wypracowane latami koleżeńskie relacje???
Doszliśmy do bardzo przykrego etapu. W którym jakakolwiek aktywność polityczna zarezerwowana jest dla obywateli bardzo silnych (niewielu takich jest), dla obywateli gruboskórnych, albo... dla złych ludzi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz