Lech Wałęsa. Opoka. Symbol, który jednoczył w stanie wojennym ówczesną opozycję. Symbol, którego wartością (mimo wszystkich ludzkich słabostek) było to, że JEST.
Wojciech Jaruzelski. Twarz opresji. Przedziwne połączenie "inaczej" rozumianego patriotyzmu z betonową filozofią trzymania za pysk. Przez większość - znienawidzony, przez część (z czasem) - rozgrzeszony.
Obaj panowie - pierwszoplanowe postaci polskiej polityki lat 80., na naszych oczach tracą swoje kły. Schodzą z piedestałów i zasilają nasze szeregi - zwykłych ludzi ze zwykłymi problemami.
Właściwie i jedna (komunistyczna) i druga (antykomunistyczna) strona mogłyby się cieszyć. Obaj - w kontekście zwykłych prywatnych problemów, odpowiednio nagłośnionych prze bezlitosne media - stracili groźne kły.
Lech Wałęsa, z legendy światowej rewolucji, stał się kontrowersyjnym starszym panem, wygłaszającym coraz częściej zaskakujące opinie. Odseparowanym od żony, uzależnionym od Internetu (Bóg jeden wie, co LW znajduje w Sieci).
Wojciech Jaruzelski, symboliczny diabeł komunistycznego reżimu, uwikłany w konflikt z żoną, zazdrosną o zdecydowanie młodszą opiekunkę, opisywaną na łamach tabloidów słowami rodem z magla, traci cały "czar" Pana i Władcy. Jest po prostu schorowanym starcem, o którego biją się (w tle gdzieś tam tli się wątek spadkowo-materialny) dwie kobiety.
Groźni (byli) prezydenci, jeszcze nie tak dawno stojący na czele całkiem sporego europejskiego państwa.
A teraz? Zwykli ludzie. Jak my.
--------
Ilustracja: rzut ekranowy plotkarskiego serwisu Pudelek, który cytuje słowa Pani Prezydentowej, ostro krytykującej "wykradanie" Generała przez opiekunkę - młodszą o kilkadziesiąt lat.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz