Przed furtką zatrzymuje się wymuskane, perfekcyjnie czyste (mimo słoty), wielkie, czarne BMW. Szofer otwiera drzwi. Wysiada wysoki, wymuskany trzydziestokilkulatek. Starannie ułożona fryzura, piekielnie drogi płaszcz z delikatnej wełny, eleganckie spodnie, wyglansowane do granic kosztowne czarne półbuty.
Wraz z mężczyzną z limuzyny wysiada małe dziecko. Podchodzą do drzwi wejściowych, czekają chwilę aż ktoś w środku zareaguje na dzwonek domofonu. Idą korytarzem do szatni. Wymuskany mężczyzna roztacza zapach drogich perfum.
Nie, nie patrzy na innych z wyższością nowobogackiego chama. Raczej - z eleganckim dystansem zamożnego człowieka mającego świadomość/pewność własnej wartości. Za chwilę wyjdzie z budynku, wsiądzie do limuzyny, a szofer powiezie go wprost pod drzwi biurowca zarządu. A może ruszą w trasę do Warszawy? Pokonają ją w półtorej godziny, które mężczyzna spędzi nad papierami, rozważając kolejne miliardowe inwestycje albo zasadność międzynarodowego konsolidowania rynku.
Dziecko zostanie w budynku.
Rozpoczyna się kolejny dzień w największym w Poznaniu publicznym przedszkolu.
Stawka żywieniowa: 7 złotych.
Opłata za każdą rozpoczętą godzinę pobytu w przedszkolu po godzinie 13.00: 3,08 zł.
Opłaty za zajęcia dodatkowe.
Powiedzmy, że przeciętnie wychodzi jakieś 450 złotych miesięcznie.
Czasami panie przedszkolanki proszą o przyniesienie chusteczek higienicznych albo biletów na tramwaj...
Egalitaryzm po poznańsku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz