Trzeba spróbować. Można oczywiście kupić już uprażoną porcję u ulicznego sprzedawcy, można kupić torebkę kasztanów na targowisku i później samodzielnie upiec je na patelni.
Ale najlepiej zatrzymać się przy drodze, zebrać dwie garście i wieczorem przyrządzić je przy ognisku. Takie są najlepsze.
W górach, gdzie liczy się każdy metr wydartej skale uprawy, gdzie poletko wielkości boiska do siatkówki to już poważny areał, gdzie ludzie troszczą się o każdą kolbę kukurydzy i każdego pomidora, gdzie plony pewnie ledwie wystarczają na użytek własny i zimową paszę dla zwierząt, kasztany są jednym jednym z nielicznym płodów "eksportowych".
Do "głównej drogi" (wiecie już, skąd ten cudzysłów) schodzą się ścieżkami ze swoich gospodarstw górale z workami pełnymi kasztanów. Często kasztany przyjeżdżają na grzbietach osiołków z domostw odległych o dobrych kilkadziesiąt i więcej metrów (odległych w pionie !). Niekiedy jest to kilka kursów - by dostarczyć do punktu odbioru całkiem sporą ilość towaru.
Potem zbieracze siadają przy drodze, pilnują worków i cierpliwie czekają na transport - już samochodowy.
Ile z tego mają? Pewnie niewiele. Kasztany na straganie w mieście kosztują niewiele, w hurcie pewnie jeszcze mniej, a górale dostają pewnie ułamek tej kwoty. Kasztany to nie kokosy.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz