Takie wieczory lubię. Iść z ciekawości na koncert zespołu, do którego niedawno przystąpił kolega i... zorientować się, że kolega przystąpił do bardzo dobrego zespołu. Właściwie zespołu skazanego na sukces.
Za trzy lata Mademoiselle Carmel & The Zebras będą na topie. Są skazani na sukces. Artystyczny i (jeżeli będzie więcej po polsku) komercyjny.
Bo jeżeli charyzmatyczną wokalistkę w pidżamie w gwiazdy, pięknie interpretującą fajne piosenki, wspiera grupa dobrych muzyków, inaczej być nie może.
Mademoiselle Carmel (oczywiście pseudonim artystyczny), przeurocza okrągła mulatka o bardzo fajnym, ciepłym, matowym głosie, na scenie eksploduje naturalną energią i zaraża słuchaczy optymizmem. Wybuchowe połączenie, które każdemu największemu ponurakowi (jak ja) wywołuje na twarzy uśmiech. Bardzo zgrabne, zdystansowane teksty piosenek, fajna muzyka.
Do tego świetna sekcja rytmiczna z bardzo kompetentnym gitarzystą, ciekawe partie klawiszy z cyfrowego akordeonu i smaczki z perkusjonaliów.
